— Głupia jesteś.
— Bardzo pani nie do twarzy z zanadto ukręconymi włosami — ciągnęła Justysia. — W dużych gładkich puklach o wiele lepiej.
— Naprawdę?
— Ależ tak, proszę pani, loczki to dobre dla blondynek.
— Wyjść za mąż? Nie, nie! Małżeństwo to handel, do którego nie jestem stworzona.
Cóż za okropna scena dla kochającego mężczyzny! Ta kobieta samotna, bez rodziny, bez przyjaciół, niewierząca w miłość, niewierząca w żadne uczucie! Chociażby potrzeba jakiegoś wylania, wrodzona wszelkiej ludzkiej istocie, była w niej bardzo słaba, musiała zaspakajać tę potrzebę gawędząc z panną służącą, rzucając jakieś oschłe albo obojętne frazesy!... Uczułem litość. Justysia rozsznurowała panią. Patrzałem na nią ciekawie w chwili, gdy spadła ostatnia zasłona. Miała dziewiczy gors, który mnie olśnił; przez koszulę, przy blasku świec białe i różowe jej ciało zajaśniało niby srebrny posąg błyszczący pod osłoną z gazy. Nic, żadna niedoskonałość nie kazała jej lękać się ukradkowych spojrzeń kochanka. Ach! Piękne ciało zawsze odniesie tryumf nad najbardziej bohaterskim postanowieniem. Pani siadła przed ogniem, niema i zamyślona, podczas gdy pokojówka zapalała świecę w alabastrowej lampie wiszącej nad łóżkiem. Justysia przyniosła wygrzewaczkę, posłała łóżko, pomogła jej się położyć; po czym, po dość długim czasie obróconym na drobne zabiegi świadczące o głębokim kulcie Fedory dla siebie samej, dziewczyna wyszła. Hrabina obróciła się kilka razy na łóżku; była niespokojna, wzdychała, wargi jej wydawały lekki szmer zdradzający zniecierpliwienie. Sięgnęła ręką do stolika, wzięła flakonik, nalała do szklanki mleka kilka kropel ciemnego płynu, wypiła, po czym, po paru ciężkich westchnieniach, wykrzyknęła:
— Mój Boże!
Wykrzyknik ten, a zwłaszcza akcent, jaki mu dała, ścisnęły mi serce. Nieznacznie pogrążyła się w bezwładzie. Zląkłem się; ale niebawem usłyszałem równy i silny oddech śpiącej; rozsunąłem szeleszczące jedwabie firanek, opuściłem moją pozycję i przystanąłem u stóp łóżka, patrząc na uśpioną z nieokreślonym uczuciem.
Była czarująca w tej pozie. Wsunęła głowę pod ramię jak dziecko; jej spokojna i ładna twarz spowita w koronki wyrażała błogość, która mnie rozpłomieniła. Przeceniając swoje siły, nie przewidziałem mej męki: być tak blisko i tak daleko niej! Trzeba mi było znieść wszystkie tortury, które sobie zgotowałem. Mój Boże! Ten strzęp nieznanej myśli, który miałem unieść z sobą jako jedyny błysk światła, zmienił nagle moje pojęcie o Fedorze. To słowo, obojętne albo głębokie, bez treści albo pełne znaczeń, można było zarówno tłumaczyć szczęściem jak cierpieniem, bólem fizycznym lub troską. Czy to była klątwa czy modlitwa, wspomnienie czy przeczucie, żal czy obawa? Było całe życie w tym słowie; życie w niedostatku lub w bogactwie; była może nawet i zbrodnia! Zagadka ukryta w tym pięknym kształcie kobiecym zjawiła się na nowo; Fedorę można było tłumaczyć na tyle sposobów, że stawała się nie do wytłumaczenia. Falowanie oddechu, który przechodził przez jej wargi to słaby, to mocniejszy, poważny lub lekki, tworzyło jak gdyby jakiś język, pod który podkładałem myśli i uczucia. Śniłem razem z nią, spodziewałem się posiąść jej tajemnice, wnikając w jej sen, bujałem wśród tysiąca sprzecznych myśli i sądów. Widząc tę piękną twarz, spokojną i czystą, niepodobna było odmówić serca tej kobiecie. Postanowiłem uczynić jeszcze jedną próbę. Opowiadając jej moje życie, moją miłość, moje ofiary, może zdołam obudzić w niej litość, wydrę łzę tej, która nie płakała nigdy. Złożyłem wszystkie moje nadzieje w tej ostatniej próbie, kiedy hałas uliczny oznajmił mi ranek. Była chwila, w której wyobraziłem sobie Fedorę budzącą się w moich ramionach. Mogłem się położyć cicho obok niej, wśliznąć się i wziąć ją w objęcia. Ta myśl opanowała mnie tak okrutnie, że chcąc się jej oprzeć, uciekłem do salonu, nie czyniąc nic dla uniknięcia hałasu; szczęściem dotarłem do ukrytych drzwiczek wychodzących na schody. Tak jak przypuszczałem, klucz był w zamku; pociągnąłem drzwi z siłą, zeszedłem śmiało na dziedziniec i nie troszcząc się, czy mnie ktoś widzi, wydostałem się w trzech susach na ulicę.
W dwa dni później autor jakiś miał czytać u hrabiny komedię: poszedłem w zamiarze przeczekania gości, aby przedłożyć Fedorze osobliwą prośbę. Chciałem ją prosić, aby mi poświęciła wieczór nazajutrz i to aby mi go poświęciła cały, zamykając drzwi dla wszystkich. Kiedy się znalazłem z nią sam, serce mi omdlało. Każde uderzenie zegara przerażało mnie. Było trzy kwadranse na dwunastą.