— Pan się zabija — rzekła błagalnym głosem — powinien by pan wyjść, odwiedzić przyjaciół...

— Ach, Paulino, twoje proroctwo sprawdziło się. Fedora mnie zabija, chcę umrzeć, życie jest mi nie do zniesienia.

— Czyż tylko jedna kobieta jest na świecie? — rzekła z uśmiechem. — Po co te nieskończone zgryzoty w życiu, które jest tak krótkie.

Spojrzałem na Paulinę ze zdziwieniem. Już jej nie było. Nie zauważyłem jej zniknięcia, usłyszałem głos, nie rozumiejąc znaczenia słów. Niebawem trzeba mi było zanieść rękopis memu pachciarzowi literackiemu. Pochłonięty namiętnością żyłem bez pieniędzy, sam nie wiem jak; wiedziałem tylko, że czterysta pięćdziesiąt franków, które mi się należały, starczą na zapłacenie długów; poszedłem tedy po moją zapłatę. Spotkałem Rastignaca, który zauważył, że jestem zmieniony, wychudły.

— Z jakiego ty szpitala wychodzisz? — spytał.

— Ta kobieta mnie zabija — odparłem. — Nie mogę ani nią gardzić, ani zapomnieć o niej.

— Lepiej zabij ją, przestaniesz może o niej myśleć — wykrzyknął ze śmiechem.

— Myślałem o tym — odparłem. — Ale, o ile orzeźwiam niekiedy mą duszę myślą o zbrodni, gwałcie lub morderstwie i obu razem, czuję się niezdolny do tego w rzeczywistości. Hrabina jest to uroczy potwór, który błagałby zmiłowania, a nie każdemu dano jest być Otellem.

— Jest jak wszystkie kobiety, których nie możemy zdobyć — przerwał Rastignac.

— Szaleję — wykrzyknąłem. — Czuję, jak chwilami szaleństwo wyje w moim mózgu. Myśli moje są jak upiory, tańczą wkoło mnie, nie dając się pochwycić. Wolę śmierć niż to życie. Toteż szukałem świadomie najlepszego środka zakończenia tej walki. Nie chodzi już o Fedorę żywą, o Fedorę z dzielnicy Saint-Honoré, ale o moją Fedorę, o tę, która jest tu! — rzekłem, uderzając się w czoło. — Co myślisz o opium?