Kiedy stary profesor ujrzał tego młodego trupa, zadrżał; wszystko wydało mu się sztucznym w tym wątłym i bezsilnym ciele. Widząc margrabiego z płonącym okiem, z czołem brzemiennym myślą, nie mógł poznać swego wychowanka o świeżej i różowej cerze, o młodzieńczej postawie, którą zachował w pamięci. Gdyby poczciwy klasyk, roztropny krytyk i piastun dobrego smaku, znał Byrona, byłby ujrzał Manfreda tam, gdzie chciałby widzieć Childe-Harolda.

— Dzień dobry, mój dobry Porriquet — rzekł Rafael, ściskając zimne ręce starca w palących i wilgotnych dłoniach. — Jak się miewasz?

— Ja, dobrze — odparł starzec przerażony dotknięciem tej zgorączkowanej dłoni. — A ty?

— Och! Mam nadzieję utrzymać się w dobrym zdrowiu.

— Pracujesz zapewne nad jakimś pięknym dziełem?

— Nie — odparł Rafael. — Exegi monumentum, drogi Porriquet, dokończyłem wielkiej stronicy i pożegnałem się z nauką na zawsze. Zaledwie wiem, gdzie się znajduje mój rękopis.

— Mam nadzieję, że styl jest czysty? — spytał profesor. — Przypuszczam, że nie uznajesz barbarzyńskiego języka tej nowej szkoły, która wyobraża sobie, że zdziałała cuda, wynajdując na nowo Ronsarda!

— Moja praca jest to dzieło czysto fizjologiczne.

— Och, to co innego — odparł profesor. — W naukach ścisłych gramatyka musi się naginać do wymagań treści. Mimo to, moje dziecko, styl jasny, harmonijny, język Massillona, pana de Buffon, wielkiego Racine’a, słowem styl klasyczny... Ale, drogi chłopcze — przerwał profesor — zapomniałem celu mojej wizyty. Jest to wizyta interesowna.

Przypomniawszy sobie zbyt późno wykwintną swadę oraz wymowne peryfrazy, do jakich długie bakalarstwo przyzwyczaiło jego nauczyciela, Rafael omal pożałował, że go kazał wpuścić, ale w chwili, gdy miał pragnąć, aby sobie poszedł, zdławił szybko swoje tajemne życzenie, spoglądając ukradkiem na jaszczur wiszący naprzeciw niego, rozciągnięty na białym kawałku materii, gdzie jego fantastyczne kontury były starannie wykreślone obejmującą go dokładnie czerwoną linią. Od czasu nieszczęsnej orgii Rafael tłumił swoje najlżejsze zachcenia i żył tak, aby nie wywołać najmniejszego drgnienia w straszliwym talizmanie. Jaszczur był niby tygrys, z którym trzeba mu było żyć tak, aby nie obudzić jego instynktów. Słuchał tedy cierpliwie gadulstwa starego profesora. Stary Porriquet godzinę całą opowiadał mu prześladowania, których stał się przedmiotem od czasu rewolucji lipcowej. Poczciwina, pragnąc silnego rządu, wyraził patriotyczne życzenie, aby zostawić sklepikarzy za ladą, mężów stanu u steru spraw publicznych, adwokatów w trybunale, parów Francji w Luksemburgu; ale jeden z popularnych ministrów króla-obywatela usunął go z posady, oskarżając go o karlizm. Starzec znalazł się bez posady, bez zaopatrzenia i bez chleba. Będąc jedyną opatrznością ubogiego bratanka, za którego opłacał miejsce w seminarium w Saint-Sulpice, przybył, nie tyle dla siebie ile dla swego przybranego syna, prosić dawnego wychowanka, aby uzyskał dlań u nowego ministra nie powrót na katedrę, ale miejsce suplenta w jakim kolegium na prowincji. Rafaela ogarnęła już nieprzezwyciężona senność, kiedy wreszcie jednostajny głos nieboraka przestał mu brzmieć w uszach. Przez grzeczność musiał patrzeć w białe i prawie nieruchome oczy starego gaduły; w końcu jakaś niewytłumaczona siła bezwładu odurzyła go, zamagnetyzowała.