— Zna pan swoje dawne mieszkanie — rzekła — czekają tam na pana.

— Czy to zawsze pani Gaudin prowadzi hotelik?

— Och, nie, proszę pana. Pani Gaudin jest teraz baronową. Mieszka w pięknym własnym domu po tamtej stronie wody. Mąż jej wrócił. Ho, ho, ho! Przywiózł miliony... Powiadają, że gdyby chciała, mogłaby kupić całą naszą dzielnicę. Oddała mi gratis swoją dzierżawę i resztę czynszów. O, to zacności kobieta! Ani odrobiny nie zhardziała przy swoim majątku.

Rafael wbiegł na poddasze; kiedy przebywał ostatnie stopnie, usłyszał fortepian. Paulina siedziała skromnie ubrana, w perkalikowej sukni; ale krój sukni, rękawiczki, kapelusz, szal niedbale rzucone na łóżko, zdradzały zbytek.

— Och! Przyszedł pan! — wykrzyknęła, obracając głowę i podnosząc się naiwnym i rozradowanym ruchem.

Rafael usiadł koło niej, zaczerwieniony, zawstydzony, szczęśliwy; patrzał na nią, nie mówiąc nic.

— Czemu pan nas opuścił? — szeptała, spuszczając oczy i oblewając się rumieńcem. — Co się z panem stało?

— Och, Paulino, byłem, jestem jeszcze bardzo nieszczęśliwy!

— Tak! — wykrzyknęła roztkliwiona. — Odgadłam pański los wczoraj, widząc pana wykwintnym, bogatym na pozór... ale naprawdę, co, panie Rafaelu, to zawsze tak jak niegdyś?

Valentin nie mógł powstrzymać łez, które mu się zakręciły w oczach; zawołał: