— Naprawdę? To nie kobieta...?

— Paulino!

— Och! Czuję się bardzo zazdrosna! Masz dobry gust. Chcę mieć jutro łóżko takie samo jak ty.

Rafael pijany szczęściem wziął Paulinę w ramiona.

— Och! Mój ojciec... mój ojciec!... — rzekła.

— W takim razie odwiozę cię, chcę jak najmniej rozstawać się z tobą — wykrzyknął Valentin.

— Jakiś ty dobry! Nie śmiałam cię prosić...

— Czyż nie jesteś moim życiem?

Byłoby nużącym wiernie notować tutaj te urocze szczebioty miłości, którym jedynie akcent, spojrzenie, niepodobny do przetłumaczenia gest, dają cenę. Valentin odwiózł Paulinę do samego domu i wrócił, mając w sercu tyle szczęścia, ile człowiek może odczuć i udźwignąć tu na ziemi. Kiedy usiadł w swoim fotelu przy kominku, myśląc o nagłym i zupełnym ziszczeniu wszystkich swoich nadziei, zimna myśl przeszyła mu duszę, tak jak ostrze sztyletu przeszywa pierś. Spojrzał na jaszczur: skurczył się lekko. Zaklął potężnie, pochylił głowę na fotel i trwał bez ruchu, patrząc przed siebie, a nie widząc.

— Wielki Boże! — wykrzyknął — Jak to! Wszystkie moje pragnienia, wszystkie! Biedna Paulina!...