Pan de Champignelles, nie chcąc się wydać śmieszny, twierdził, jak człowiek świadomy, ale dyskretny, że wicehrabina musi doskonale znać powód tej wizyty, mimo iż zupełnie szczerze szukała go nadaremno. Pani de Beauséant kombinowała związki między Gastonem a ludźmi, których on wcale nie znał, gubiła się w niedorzecznych domysłach i pytała sama siebie, czy widziała kiedy pana de Nueil. Najszczerszy albo najzręczniejszy list miłosny nie byłby wywarł takiego wrażenia co ta zagadka bez słów, która zaprzątnęła panią de Beauséant na kilka zawodów.

Skoro Gaston dowiedział się, że może odwiedzić wicehrabinę, był równocześnie uszczęśliwiony, że tak rychło uzyskał gorąco upragnione szczęście i bardzo zakłopotany, jak wybrnąć ze swego podstępu.

— Ba! — powiadał sobie, ubierając się — ujrzeć , to wszystko.

Mijając bramę Courcelles miał nadzieję, że znajdzie jakiś sposób rozwiązania gordyjskiego węzła, który sam zadzierżgnął.

Gaston był z liczby tych, którzy, wierząc we wszechpotęgę konieczności, idą zawsze naprzód, w ostatniej chwili, znalazłszy się w obliczu niebezpieczeństwa, szukają w nim natchnienia i znajdują siły, aby je zwyciężyć. Przystąpił z osobliwym staraniem do toalety21. Wyobrażał sobie, jak większość młodych ludzi, że od jednego lepiej lub gorzej ułożonego pukla zależy jego tryumf, nie wiedząc, że u młodego wszystko jest urokiem i powabem. Zresztą kobiety wybrane, do których należała pani de Beauséant, wrażliwe są jedynie na powab umysłu i charakteru. Wielki charakter schlebia ich próżności, przyrzeka im wielkie uczucie i uświęca niejako wymagania ich serca. Dowcip22 bawi je, odpowiada subtelnościom ich natury: mają uczucie, że ktoś je rozumie. A czegóż chcą kobiety, jeśli nie tego, aby je bawić, rozumieć i ubóstwiać? Ale trzeba dobrze zastanowić się nad życiem, aby zrozumieć wyższą kokieterię, jaka mieści się w niedbałości o strój i w oszczędnym szafowaniu dowcipem za pierwszym widzeniem. Kiedy stajemy się szczwanymi dyplomatami, jesteśmy za starzy, aby korzystać z naszego doświadczenia. Podczas gdy Gaston, nie dość ufając w dary swego umysłu, szukał powabów w stroju, pani de Beauséant również instyktownie zajęła się swą toaletą i mówiła sobie poprawiając włosy: „Bądź co bądź, nie chcę wyglądać na straszydło”.

Dowcip, osoba i wzięcie pana de Nueil miały ową naiwną oryginalność, która daje szczególny smak lada gestowi i myśli, pozwala wszystko powiedzieć i wszystko każe przebaczyć. Był wykształcony, bystry, fizjognomię miał sympatyczną i ruchliwą jak jego wrażliwa dusza. W żywych oczach przebijało uczucie, tkliwość, a serce jego, z gruntu dobre, nie zadawało im kłamu. Postanowienie, jakie powziął wchodząc do Courcelles, było tedy w zgodzie z jego otwartym charakterem i gorącą wyobraźnią. Mimo odwagi, jaką daje miłość, nie mógł wszakże pohamować gwałownego bicia serca, kiedy przebywszy duży dziedziniec w kształcie angielskiego ogrodu, przybył do sali, gdzie pokojowiec spytawszy go o nazwisko, znikł i wrócił, aby go wprowadzić.

— Pan baron de Nueil.

Gaston wszedł wolno, ale dość zręcznie, rzecz trudniejsza jeszcze w salonie, gdzie jest jedna kobieta, niż gdzie ich jest dwadzieścia. Przy kominku, na którym, mimo pory roku, błyszczał wielki płomień i na którym znajdowały się dwa zapalone świeczniki, rzucając łagodne blaski, spostrzegł młodą kobietę, siedzącą w modnej berżerce23 z bardzo wysokim grzbietem. Niskie siedzenie pozwalało głowie przybierać rozmaite pozy pełne wdzięku i elegancji, nachylać ją, skłaniać, prostować leniwo, jak gdyby to było ciężkie brzemię, wreszcie zginać nogi, pokazywać je lub chować w długich fałdach czarnej sukni. Wicehrabina chciała położyć na okrągłym stoliczku książkę, którą czytała, że jednak równocześnie zwróciła głowę ku panu de Nueil, książka spadła pomiędzy stolik a berżerkę. Nie zwracając na to uwagi, wicehrabina wyprostowała się i pochyliła głowę, odpowiadając na ukłon młodzieńca, lekko, prawie nie podnosząc się z berżerki, w której tonęła jej kibić. Podała się naprzód, poprawiła żywo ogień, po czym schyliła się, podniosła rękawiczkę, którą wzięła niedbale w lewą rękę, szukając drugiej przelotnym spojrzeniem; prawą ręką, białą, niemal przezroczystą, bez pierścionków, wiotką, o cienkich palcach i różowych doskonale owalnych paznokciach, wskazała Gastonowi krzesło. Skoro nieznajomy gość usiadł, zwróciła ku niemu głowę pytającym i zalotnym ruchem, którego subtelności niepodobna wyrazić; była życzliwość w tym ruchu pełnym wdzięku, mimo że opanowanym, świadczącym o starannym wychowaniu oraz codziennym nawyku do rzeczy w dobrym smaku.

Te skomplikowane ruchy nastąpiły po sobie w jednej chwili, płynne i miękkie, i zachwyciły Gastona owym połączeniem sztuki i swobody, jakim ładna kobieta stroi arystokratyczne wzięcie wielkiego świata. Pani de Beauséant tworzyła zbyt wymowny kontrast do marionetek, z którymi żył od dwóch miesięcy swego wygnania, aby nie stała się dlań ucieleśnieniem marzeń; toteż urok jej pobił w jednej chwili wszystkie kobiety, które podziwiał niegdyś. Wobec tej damy, w tym salonie urządzonym w guście salonów Saint-Germain, pełnym rozrzuconych po stołach bogatych drobiazgów, książek, kwiatów, Gaston odznalazł się w Paryżu. Stąpał po prawdziwym paryskim dywanie, oglądał wytworny typ i delikatne kształty Paryżanki, jej subtelny wdzięk i jej obojętność na szukane efekty, które tak szkodzą kobietom z prowincji.

Wicehrabina de Beauséant była to blondynka z białą cerą i czarnymi oczami. Nosiła szlachetnie czoło, czoło upadłego anioła, który pyszni się swym upadkiem i nie chce przebaczenia. Włosy jej, obfite i upięte wysoko nad dwoma pasmami, które obejmowały to czoło szerokim kręgiem, przydawały jeszcze majestatu tej głowie. W falistych liniach tych złocistych włosów wyobraźnia widziała książęcą koronę burgundzką, a w błyszczących oczach tej wielkiej damy — cały majestat jej domu, dumę kobiety silnej tylko na to, aby odepchnąć wzgardę lub zuchwalstwo, ale pełnej tkliwości dla lubych uczuć. Owal tej małej głowy cudownie osadzonej na długiej białej szyi, rysy delikatnej twarzy, cienkie wargi i ruchliwa fizjognomia zachowały wyraz uroczej ostrożności, odcień przybranej ironii, która miała coś z przebiegłości i impertynencji. Trudno było jej nie przebaczyć tych dwóch kobiecych grzechów, myśląc o jej nieszczęściach, o namiętności, która omal nie kosztowała jej życia i o której świadczyły bądź zmarszczki za najmniejszym poruszeniem fałdujące jej czoło, bądź bolesna wymowa oczu wzniesionych do nieba. Czyż to nie było imponujące i działające na wyobraźnię zjawisko, widzieć w olbrzymim milczącym salonie tę kobietę odciętą od całego świata, która od trzech lat żyła w tym zakątku, z dala od miasta, sama ze wspomnieniami młodości świetnej, szczęśliwej, namiętnej, niegdyś wypełnionej zabawami, hołdami, obecnie zaś wydanej na łup strasznej pustki? Uśmiech tej kobiety zdradzał wysokie poczucie swej wartości. Nie będąc ani matką, ani żoną, odtrącona przez świat, pozbawiona jedynego serca, przy którym serce jej mogłoby bić bez wstydu, nie czerpiąc w żadnym uczuciu pomocy potrzebnej jej zwątpiałej duszy, musiała znajdować siłę w sobie samej, żyć własnym życiem i wyrzec się wszelkiej nadziei, prócz tej, jaka została porzuconej kobiecie: czekać śmierci, przyśpieszać jej krok mimo pięknych dni, jakie jej jeszcze zostały. Czuć się stworzoną dla szczęścia i ginąć nie doznając go, nie dając go?... Kobieta! Co za męczarnie! Pan de Nueil uczynił te spostrzeżenia z szybkością błyskawicy i czuł się bardzo zawstydzony sobą w obliczu największej poezji, w jaką może się oblec kobieta. Urzeczony potrójnym blaskiem piękności, nieszczęścia i szlachetności, stał niemal osłupiały, zadumany, podziwiając wicehrabinę, ale nie znajdując nic do powiedzenia.