Pani d’Aiglemont miała w tej chwili serce zbyt wezbrane i głowę zbyt pełną myśli, aby się zastanawiać nad podobnymi drobiazgami. Weszła żywo do saloniku, gdzie zastała hrabinę w peniuarze, w czepeczku włożonym niedbale na oburzone włosy, w pantofelkach. Klucz od sypialni miała za paskiem, a twarz odzwierciedlała burzliwe myśli. Była bardzo czerwona. Siedziała na sofie, jakby zastanawiając się.

— Po co łazicie tutaj? — rzekła twardo. — A, to ty, mamo — dodała niedbale, spostrzegłszy matkę.

— Tak, dziecko, to twoja matka...

Akcent, jakim pani d’Aiglemont wyrzekła te słowa, świadczył o wezbraniu serca i o wzruszeniu, które trudno byłoby wyrazić inaczej niż słowem świętość. W istocie, w tej chwili miała w sobie tyle świętej godności matki, że uderzyło to Moinę. Obróciła się ku matce ruchem, który wyrażał szacunek, niepokój i wyrzuty. Margrabina zamknęła drzwi od saloniku, gdzie nikt nie mógł wejść, nie czyniąc hałasu w sąsiednich pokojach. Oddalenie to zabezpieczało od wszelkiej niedyskrecji.

— Moje dziecko — rzekła margrabina — obowiązkiem moim jest oświecić cię w jednym z najkrytyczniejszych momentów życia kobiety, który przebywasz może bez swej wiedzy. Chcę mówić z tobą nie tyle jako matka, ile jako przyjaciółka. Wyszedłszy za mąż, stałaś się wolna; winna jesteś ze swych postępków rachunek jedynie mężowi. Ale tak mało — może to źle z mej strony — dałam ci uczuć powagę macierzyńską, że czuję się w prawie żądać, byś mnie wysłuchała raz jeden przynajmniej, w poważnej sytuacji, w której możesz potrzebować rady. Pomyśl, Moino, żem cię wydała za człowieka niepospolitych zdolności, z którego możesz być dumna, że...

— Mamo — wykrzyknęła Moina, przerywając z dąsem — wiem, co chcesz powiedzieć... Chcesz mi wypalić kazanie z powodu Alfreda.

— Nie zgadłabyś tak dobrze — odparła poważnie margrabina, siląc się powstrzymać łzy — gdybyś nie czuła...

— Czego? — rzekła córka niemal wyniośle. — Ależ, mamo, doprawdy...

— Moino — wykrzyknęła pani d’Aiglemont z wysiłkiem — trzeba, byś wysłuchała uważnie tego, co ci powiem...

— Słucham — rzekła hrabina, zakładając ręce na piersiach z drwiącą uległością. — Pozwoli tylko mama — rzekła ze zdumiewającą zimną krwią — że zadzwonię na Paulinę, aby ją wysłać...