— Jesteś więc nieszczęśliwa?

— Och, nie, ciociu. Wiktor kocha mnie do szaleństwa, a ja go ubóstwiam, on taki dobry!

— Tak, kochasz go, ale uciekasz przed nim, nieprawdaż?

— Tak, czasami... odwiedza mnie zbyt często...

— Czy kiedy jesteś sama, nie dręczy cię obawa, aby on nie zamącił tej samotności?

— Tak, ciociu. Ale kocham go bardzo, upewniam.

— Czy nie winisz w duchu siebie, że nie umiesz czy nie możesz podzielać jego rozkoszy? Czy nie przychodzi ci na myśl, że miłość małżeńska jest cięższa do udźwignięcia, niżby mogła nią być miłość występna?

— O tak, tak — rzekła, płacząc. — Zgadujesz wszystko, gdy dla mnie wszystko jest zagadką. Zmysły moje są odrętwiałe, nie mam żadnej myśli w głowie, ledwie że żyję. Duszę moją dławi nieokreślony lęk, który ścina moje uczucia i pogrąża mnie w martwocie. Nie mam głosu do skargi, nie mam słów na wyrażenie swego cierpienia. Cierpię, a wstyd mi cierpieć, kiedy widzę, że Wiktor jest szczęśliwy tym, co mnie zabija.

— Dzieciństwo, głupstwo wszystko! — wykrzyknęła ciotka, której wyschła twarz ożywiła się nagle wesołym uśmiechem, odblaskiem rozkoszy młodych lat.

— I ciocia też się śmieje! — rzekła z rozpaczą młoda kobieta.