Ale wyczerpana tym wysiłkiem, Julia uczuła, że kolana się pod nią uginają, chwyciło ją śmiertelne zimno. Wiedziona kobiecym instynktem usiadła, aby nie paść w ramiona Artura.

— Julio! — wykrzyknął lord Grenville.

Ten przeszywający krzyk rozległ się jak grzmot. Rozdzierający głos wyraził wszystko, czego kochanek, dotąd niemy, nie mógł powiedzieć.

— Co tam takiego? — spytał generał.

Słysząc ten krzyk, margrabia przyśpieszył kroku i znalazł się nagle między kochankami.

— To nic — rzekła Julia z owym cudownym spokojem, na który dzięki wrodzonemu sprytowi kobiety często umieją się zdobyć w ważnych momentach życia. — Chłodny cień tego orzecha omal nie przyprawił mnie o omdlenie: mój lekarz musiał się przerazić. Czyż nie jestem dlań dziełem sztuki jeszcze niewykończonym? Zadrżał może, że grozi dziełu zagłada...

Ujęła śmiało ramię lorda Grenville, uśmiechnęła się do męża, rzuciła jeszcze okiem na krajobraz i pociągnęła swego towarzysza.

— To najpiękniejszy widok, jakiśmy oglądali — rzekła — nie zapomnę go nigdy. Spójrz, Wiktorze, co za przestrzeń, co za rozmaitość. Tu można zrozumieć miłość.

Śmiejąc się niemal konwulsyjnie, ale tak, że mąż niczego nie spostrzegł, skoczyła wesoło w wąwóz i znikła.

— Jak to, więc już tak prędko?... — rzekła, znalazłszy się daleko od pana d’Aiglemont. — Ach, tak, drogi mój, za chwilę nie będziemy mogli być i nie będziemy już nigdy sobą; czyli nie będziemy już żyć...