Generał wstał, aby pociągnąć za taśmę dzwonka.
— Gubi pana! — krzyknęła Helena do mordercy.
Nieznajomy uśmiechnął się, uczynił krok, powstrzymał rękę margrabiego i paraliżując go spojrzeniem, wyzuł go z wszelkiej energii.
— Zapłacę pańską gościnność — rzekł — będziemy skwitowani. Oszczędzę panu hańby, wydając sam siebie. Ostatecznie, co mi pozostało w życiu?
— Skrucha, żal — odparła Helena, rzucając mu owo pełne nadziei spojrzenie, jakie błyszczy jedynie w oku młodej dziewczyny.
— Nie będę żałował nigdy — rzekł morderca dźwięcznym głosem, podnosząc dumnie głowę.
— Jego ręce zbroczone są krwią — rzekł ojciec do córki.
— Obetrę je — odparła.
— Ale — rzekł generał, nie ośmielając się wskazać nieznajomego — nie wiesz nawet, czy on chce ciebie?
Morderca zbliżył się do Heleny. Piękność jej, mimo iż tak czysta i skupiona, płonęła w tej chwili światłem, którego odblask barwił i uwypuklał niejako najdelikatniejsze jej rysy. Rzuciwszy na tę czarującą istotę słodkie, ale jeszcze straszliwe swym ogniem spojrzenie, rzekł ze wzruszeniem: