— Panie sędzio, jestem panu winna tysiąc podziękowań...
„Tysiąc — pomyślał poczciwiec — to za wiele, nie wierzę ani w jedno”.
— ...za trud, jaki pan raczył...
„Raczył! — pomyślał. — Ona kpi sobie ze mnie”.
— ...raczył sobie zadać, odwiedzając biedną powódkę, zbyt cierpiącą, aby móc...
Tu sędzia przerwał margrabinie, obejmując ją spojrzeniem inkwizytora, którym zbadał stan zdrowia biednej powódki. Zdrowa jest jak rydz, powiedział sobie.
— Pani — odrzekł tonem pełnym szacunku — nie jest mi pani winna nic. Mimo iż mój krok nie jest w zwyczajach trybunału, nie powinniśmy niczego oszczędzać, aby w tego rodzaju sprawach dojść do poznania prawdy. Sąd nasz jest wówczas wyrazem nie tyle brzmienia praw, ile poczucia naszego sumienia. Czy szukam prawdy w moim gabinecie czy tutaj, bylem ją znalazł, wszystko będzie dobrze.
Podczas gdy Popinot mówił, Rastignac ściskał dłoń Bianchona, a markiza skinęła w stronę doktora głową łaskawym gestem.
— Kto jest ten pan? — rzekł Bianchon do ucha Rastignaca, wskazując czarnego jegomościa.
— Kawaler d’Espard, brat margrabiego.