— Pani ma piękny pałac — rzekł nagle Popinot, wydobywając ręce zza kamizelki i wstając, aby rozsunąć poły surduta i ogrzać się. — Ten buduarek jest wcale wcale, wspaniałe te krzesła... Apartament luksusowy! Musi pani cierpieć w istocie, mieszkając tutaj, ze świadomością, że dzieci pani są źle pomieszczone, źle odziane i źle żywione. Dla matki nie wyobrażam sobie nic okropniejszego.

— Och, tak. Tak bardzo chciałabym dać jakąś przyjemność biednym malcom, których ojciec trzyma od rana do wieczora nad tym opłakanym dziełem o Chinach.

— Wydaje pani piękne bale, bawiliby się na nich, ale nabraliby może narowów rozrzutności. Bądź co bądź, ojciec mógłby ich pani przysłać raz albo dwa razy w ciągu zimy.

— Przyprowadza mi ich w Nowy Rok i w dzień moich urodzin. W te dni pan d’Espard robi mi tę łaskę, że zostaje z dziećmi u mnie na obiedzie.

— To bardzo osobliwe — rzekł Popinot z miną człowieka przekonanego. — Czy pani widziała kiedy tę Jeanrenaud?

— Jednego dnia szwagier mój, który, przez troskliwość o brata...

— A! — rzekł sędzia, przerywając — pan jest bratem pana d’Espard?

Kawaler skłonił się bez słowa.

— Pan d’Espard, który znał tę sprawę, zaprowadził mnie do Oratorium, dokąd ta kobieta chodzi na kazanie, bo to jest protestantka. Widziałam ją, nie ma nic pociągającego i podobna jest do rzeźniczki; bardzo tłusta, straszliwie zeszpecona ospą, ręce i nogi jak u mężczyzny, zezuje, słowem potwór.

— Niepojęte! — rzekł sędzia, robiąc wrażenie najgłupszego z sędziów całej Francji. — I ta baba mieszka blisko stąd, w pałacu! Nie ma już mieszczaństwa!