— I co za styl! — rzekł Bianchon — Rinaldo, który znajduje schronienie podążyć!...
— Widocznie nie drukował tego romansu ani Maradan, ani Treuttel i Wurtz, ani Doguereau — rzekł Lousteau — ci bowiem mają specjalnych korektorów przeglądających odbicia. Jest to zbytek, na który nasi nowocześni wydawcy powinni by sobie pozwolić, dzisiejsi autorowie dużo by na tym zyskali... To musiał być jakiś tandeciarz z Wybrzeża...
— Co za wybrzeże? — rzekła któraś dama do sąsiadki. — Mówiono o łaźni...
— Niech pan czyta dalej — rzekła pani de La Baudraye.
— W każdym razie to nie jest pióro radcy stanu — rzekł Bianchon.
— Może pani Hadot.
— Cóż oni znów mieszają za panią Hadot? — spytała prezydentowa syna.
— Pani Hadot, droga pani prezydentowo — odparła pani domu — to była powieściopisarka, która żyła za konsulatu...
— To kobiety pisywały za cesarza? — spytała pani Popinot-Chandier.
— A pani de Genlis, a pani de Staël? — odparł prokurator, urażony za Dinę o tę uwagę.