— Tak — odparł mały człowieczek, zawijając się w szlafrok.
Obejrzawszy przez lornetkę ten kazirodczy produkt starej narzutki chiné pani Piédefer oraz sukni nieboszczki pani de La Baudraye, pośrednik uznał człowieka, szlafrok i mały gliniany garnczek, w którym gotowało się mleko w cynowej rynce za zjawisko tak charakterystyczne, iż wszelkie finezje wydały mu się zbyteczne.
— Założę się, drogi panie — rzekł obcesowo — że jada pan obiady po czterdzieści su u Urbana w Palais-Royal.
— Czemuż to?...
— Och, przypominam sobie, że pana tam widziałem — odparł z całą powagą paryżanin. — Wszyscy wierzyciele książąt tam jadają. Wiadomo panu, iż zaledwie można uzyskać dziesięć za sto za obligi największych panów... Nie dałbym ani pięć za sto za oblig nieboszczyka księcia Orleanu, a nawet... — zniżył głos — za oblig Jegomości...
— Przychodzi pan odkupić moje prawa... — rzekł winiarz, sądząc, iż odgadł przybysza.
— Odkupić! — odparł — Za kogo mnie pan bierze? Jestem des Lupeaulx, referendarz stanu, generalny sekretarz ministerium i przychodzę ofiarować panu układ.
— Jaki?
— Nie jest panu obce, drogi panie, położenie pańskiego dłużnika...
— Moich dłużników...