— Niech pan jedzie, panie Kajetanie — rzekła pani de La Baudraye, spoglądając despotycznie na młodego wielbiciela.

Steroryzowany tą stanowczością, chłopczyna nawrócił i pomknął co koń wyskoczy.

— Prędko do La Baudraye — krzyknął Lousteau do woźnicy — pani baronowa jest cierpiąca... Jedynie matka pani będzie wtajemniczona w mój podstęp — rzekł, siadając z powrotem obok Diny.

— Pan nazywa tę nikczemność podstępem? — rzekła pani de La Baudraye, powściągając kilka łez, które obeschły w ogniu obrażonej dumy.

Wtuliła się w kąt landary, skrzyżowała ręce na piersiach, patrząc na Loarę, na pola, na wszystko z wyjątkiem Stefana. Dziennikarz przybrał wówczas ton pieszczotliwy i mówił aż do La Baudraye, gdzie Dina wymknęła się z karety, starając się, aby jej nikt nie spostrzegł. W pomieszaniu rzuciła się na sofę, aby się wypłakać.

— Jeżeli jestem dla pani przedmiotem wstrętu, nienawiści lub wzgardy, w takim razie jadę — rzekł Lousteau, który pobiegł za nią.

To mówiąc, wyga ukląkł u stóp Diny. Na tę scenę zjawiła się pani Piédefer, mówiąc do córki:

— Co takiego? Co tobie? Co się dzieje?

— Niech pani prędko da córce inną suknię — szepnął bezczelny paryżanin dewotce do ucha.

Słysząc wściekły galop kobyły Kajetana, pani de La Baudraye rzuciła się do swego pokoju, dokąd matka podążyła za nią.