— Oddałem przysługę trzem zacnym prowincjałom, poborcy, kuzynkowi i prokuratorowi, którzy od dziesięciu lat kołowali koło jednej z owych stodziesiątych Muz ozdabiających wszystkie departamenty, nie tykając jej, tak jak na proszonych obiadach nie tyka się deseru, póki jakiś śmiałek nie napocznie go nożem.

— Muza i poeta — odparł Bixiou — ależ to istna homeopatyczna kuracja.

Dziesiątego dnia Lousteau otrzymał list z pieczęcią Sancerre.

— Dobrze, dobrze! — rzekł Lousteau. — „Kochanku drogi, bóstwo mego serca i mojej duszy...” Dwadzieścia bitych stronic: jedna na dzień i datowane o północy. Pisze do mnie, kiedy jest sama... Biedna kobieta. A, a! Post scriptum: „Nie śmiem cię prosić, abyś pisał tak, jak ja robię, co dzień; ale mam nadzieję, iż będę miała od mego ukochanego bodaj dwa wiersze każdego tygodnia dla uspokojenia...” Cóż za szkoda to palić! Kapitalnie napisane — powiedział sobie Lousteau, który rzucił w ogień dziesięć ćwiartek, przeczytawszy je. — Ta kobieta jest stworzona do pisania od wiersza.

Lousteau niezbyt obawiał się pani Schontz, która kochała go dla pięknych oczu; ale wyparował jednego z przyjaciół z serca pewnej margrabiny. Margrabina, kobieta dość sobie swobodna, zjawiała się czasem u niego niespodzianie, wieczorem, dorożką, zakwefiona i pozwalała sobie w charakterze literatki plądrować po szufladach. W tydzień później Stefana, który ledwie przypominał sobie Dinę, wprawił w osłupienie nowy pakiet z Sancerre: osiem ćwiartek, szesnaście stron! Usłyszał krok kobiety, zląkł się inwazji margrabiny i rzucił te urocze i rozkoszne dowody miłości w ogień... nie czytając!

— List od kobiety! — wykrzyknęła, wchodząc, pani Schontz — papier, pieczątka zanadto ładnie pachną...

— Proszę pana — rzekł posłaniec pocztowego urzędu, ustawiając w przedpokoju dwa olbrzymie kosze. — Wszystko zapłacone. Czy zechce pan podpisać?

— Wszystko zapłacone? — wykrzyknęła pani Schontz. — To może pochodzić tylko z Sancerre.

— Tak, proszę pani — rzekł posłaniec.

— Twoja dziesiąta Muza jest osobą wysokiej inteligencji — rzekła loretka, rozpakowując koszyk, gdy Lousteau podpisywał — lubię Muzy, które znają się na gospodarstwie i popełniają jednym tchem odę i pasztet z zająca. Och! Co za śliczne kwiaty!... — wykrzyknęła, otwierając drugi koszyk — Ależ w całym Paryżu nie ma nic równie pięknego!... Co? Co? Zając, kuropatwy, pół sarny! Zaprosimy twoich przyjaciół i wydamy wspaniały obiad; Atalia ma osobliwy talent do przyrządzania sarniny.