— Kochasz mnie?

— Jakżeżbym cię nie kochał?... Ale czy nie lepiej było zostać w Sancerre... Jestem tu w najgłębszej nędzy i lękam się wciągnąć cię...

— Twoja nędza będzie dla mnie rajem. Będę żyć tutaj, nie ruszając się na krok...

— Mój Boże, to się tak ładnie mówi, ale... — Dina usiadła i zalała się łzami, słysząc te szorstkie słowa. Lousteau nie mógł się oprzeć temu wybuchowi, utulił baronową, uściskał ją. — Nie płacz, Dynuśka! — wykrzyknął. Wymawiając te słowa, felietonista ujrzał w lustrze widmo pani Cardot, która z głębi patrzyła nań. — No, Dynuśka, idź sama z Pamelą wyładować walizy — rzekł jej do ucha. — No, nie płacz, będziemy szczęśliwi. — Odprowadził ją do drzwi i wrócił do rejenciny, aby zażegnać burzę.

— Mój panie — rzekła pani Cardot — niezmiernie jestem rada, iż zechciałam się przyjrzeć własnymi oczami gospodarstwu człowieka, który ma zostać moim zięciem. Choćby Felisia miała to śmiercią przypłacić, nie będzie żoną człowieka takiego jak pan. Pierwszym pańskim obowiązkiem jest szczęście twojej Dynuśki!

I dewotka wyszła, uprowadzając Felisię, która płakała, Felisia bowiem przyzwyczaiła się do Stefana. Straszliwa pani Cardot wsiadła do dorożki, zmierzywszy groźnym spojrzeniem Dinę, która czuła jeszcze w sercu sztylet owego: To się tak ładnie mówi, ale która, podobna wszystkim kochającym kobietom, wierzyła mimo to w: Nie płacz, Dynuśka. Lousteau, któremu nie zbywało na pewnej determinacji, jaką dają perypetie burzliwego życia, rzekł sobie: „Dynuśka jest szlachetna; skoro raz dowie się o moim małżeństwie, poświęci się dla mej przyszłości, a wiem, jak się wziąć do tego, aby ją uwiadomić”. Zachwycony, iż znalazł podstęp, którego skutek zdawał mu się pewny, zaczął tańczyć na znaną melodię: „Larifla! fla, fla! Następnie, raz omotawszy Dynuśkę — powiadał sobie w duchu — pójdę opowiedzieć cały romans mamie Cardot: uwiodłem jej Felisię, którą poznałem... mniejsza o to gdzie... Felicja, występna z miłości, nosi w łonie zakład naszego szczęścia i... larifla! fla, fla! Ojciec nie może mi zadać łgarstwa, fla, fla... ani córka, larifla! Ergo, rejent, rejencina i rejentówna są w saku, larifla, fla, fla!...” Ku wielkiemu swemu zdumieniu Dina zastała Stefana tańczącego niedozwolony taniec.

— Twój przyjazd i nasze szczęście czynią mnie pijanym z radości!... — rzekł, tłumacząc jej ów napad szaleństwa.

— A ja myślałam, że mnie już nie kochasz!... — wykrzyknęła biedna kobieta, upuszczając torebkę i płacząc ze szczęścia na fotelu, na który się osunęła.

— Rozgość się, mój aniołku — rzekł Stefan, śmiejąc się w duchu — muszę napisać dwa słowa, aby się wymówić z kawalerskiego obiadku, chcę mieć wszystek czas dla ciebie. Rozkazuj, jesteś tu u siebie.

Stefan napisał do Bixiou17: