— Chciałem odwiedzić panią, aby się upewnić, czy pani jest kochaną... byłbym spokojny, nie trwożyłbym się już o pani przyszłość... Czy ten człowiek zrozumie wielkość twoich poświęceń i czy miłość jego umie być wdzięczną?...

— Niech pan przyjdzie na ulicę des Martyrs, a zobaczy pan.

— Tak, przyjdę — rzekł. — Przechodziłem już koło bramy, nie śmiejąc spytać o panią. Nie zna pani jeszcze literatury — dodał. — Zapewne istnieją w niej chlubne wyjątki, ale ci literaci wloką za sobą straszliwe nieszczęścia, a jednym z pierwszych jest rozgłos, który kala wszystko! Niech kobieta popełni błąd z...

— Prokuratorem — uśmiechnęła się baronowa.

— Przypuśćmy! Po zerwaniu jest jeszcze jakaś rada, świat nic nie wie; ale z człowiekiem mniej lub więcej sławnym, publiczność przejrzała wszystko. Ot, właśnie... jaki przykład ma pani tu, przed oczami! Siedzi pani tuż obok hrabiny de Vandenesse, która omal nie popełniła ostatnich szaleństw dla człowieka dawniejszego niż Lousteau, dla Natana19, i oto rozeszli się tak, że się nie poznają... Zaszedłszy na sam kraj przepaści, hrabina ocalała, nie wiadomo jak, nie opuściła ani męża, ani domu; ale ponieważ chodziło o sławnego człowieka, mówiono o niej całą zimę. Gdyby nie majątek, nazwisko i pozycja męża, gdyby nie zręczne postępowanie tego dyplomaty, który, powiadają, okazał się niesłychanie dobry dla żony, byłaby zgubiona: na jej miejscu żadna inna kobieta nie zdołałaby zachować szacunku świata...

— Cóż się działo w Sancerre wówczas, gdy pan je opuścił? — rzekła pani de La Baudraye, aby odmienić rozmowę.

— Pan de La Baudraye opowiedział, iż późna ciąża pani wymaga, aby połóg odbył się w Paryżu: że skłonił panią do tej podróży, chcąc jej zapewnić opiekę najgłośniejszych lekarzy — odparł pan de Clagny, zgadując dobrze, co Dina chciała wiedzieć. — Tak więc mimo hałasu, jakiego narobił pani wyjazd, aż do dziś wieczór była pani pod osłoną legalności.

— Och — wykrzyknęła — zatem pan de La Baudraye zachował nadzieję?...

— Mąż pani zrobił jak zawsze: obliczył.

Urzędnik opuścił lożę, widząc wchodzącego dziennikarza, skłoniwszy mu się z godnością.