Dependenci bujali jeszcze w niebie marzeń, w które pijaństwo wznosi młodych ludzi, kiedy amfitrion wprowadził ich do salonów Florentyny. Błyszczały tam księżniczki teatralne, które, uprzedzone z pewnością o koncepcie Fryderyka, bawiły się udawaniem dam. Towarzystwo było przy lodach. Świece jarzyły się w kandelabrach. Lokaje Tulii, pani du Val-Noble i Floryny, wszyscy w paradnej liberii, podawali łakocie na srebrnych tacach. Obicia, arcydzieło lyońskiego przemysłu, podpięte złotymi sznurami, zdumiewały oko. Wzorzyste kwiaty na dywanie robiły wrażenie klombu. Bogate cacka, osobliwości, migotały dokoła. W pierwszej chwili, w stanie, do jakiego Jerzy ich doprowadził, dependenci, a zwłaszcza Oskar, uwierzyli w margrabinę de Las Florentinas y Cabirolos. Złoto błyszczało na czterech stołach do gry ustawionych w sypialni. W salonie kobiety grały w dwadzieścia jeden: bank trzymał sławny pisarz Natan. Nabłądziwszy się po pijanemu, wpół śpiąc, po ponurych przedmieściach, dependenci obudzili się tedy w istnym pałacu Armidy. Oskar, którego Jerzy przedstawił rzekomej margrabinie, stał ogłupiały, nie zgadując tancerki z Gaité w tej arystokratycznie wydekoltowanej, strojnej w koronki kobiecie, która go przywitała z wytwornym wdziękiem. Było to zjawisko bez analogii we wspomnieniach ani w wyobraźni krótko trzymanego piszczyka. Skoro objął zachwyconymi oczyma przepychy apartamentu, piękne kobiety, które tam promieniały i które stoczyły istny turniej na toalety na tę inaugurację, Florentyna ujęła Oskara za rękę i zaprowadziła do stolika.

— Przedstawię pana margrabinie d’Anglade mojej przyjaciółce...

I podeszła z Oskarem do ładnej Fanny Beaupré, która zastępowała od dwóch lat nieboszczkę Koralię w sercu Camusota. Ta młoda aktorka wybiła się świeżo w roli margrabiny w Porte-Saint-Martin w melodramacie Rodzina d’Anglade, mającym ogromne powodzenie.

— Pozwolisz, droga — rzekła Florentyna — że ci przedstawię to miłe dziecię, które weźmiesz może do spółki.

— Ślicznie — odpowiedziała z czarującym uśmiechem aktorka, mierząc Oskara spojrzeniem — przegrywam, będziemy grali do połowy, prawda?

— Pani margrabino, jestem na pani rozkazy — rzekł Oskar, siadając przy aktorce.

— Niech pan da pieniądze, ja będę grała, przyniesie mi pan szczęście! O, oto moje ostatnie sto franków...

I fałszywa margrabina wyjęła pięć sztuk złota z sakiewki, której rogi zdobne były brylantami. Oskar wydobył swoich sto franków w samych pięciofrankówkach, już zawstydzony, że miesza te nędzne talary między złoto. W dziesięć obrotów aktorka przegrała dwieście franków.

— Nie, to za głupie — wykrzyknęła — ja dam sama bank. Trzymamy razem, prawda? — rzekła do Oskara.

Fanny Beaupré wstała, a młody dependent, który wraz z nią uczuł się przedmiotem uwagi całego stołu, nie śmiał się cofnąć, powiadając, że jego sakiewka świeci dnem. Nie mógł wydobyć głosu, zdrętwiały język przylepił się do podniebienia.