— Czy to Oskar Husson był dziś rano u Simona? — spytał Desroches.

— Tak, proszę pana — odparł Godeschal.

— A któż mu dał pieniądze? — rzekł adwokat.

— Pan sam — rzekł Godeschal — w sobotę.

— Więc tu z nieba spadają pięćsetfrankówki? — wykrzyknął Desroches. — Słuchaj, Godeschal, ty jesteś dobry chłopiec, ale ten smarkacz Husson nie wart jest tyle. Nienawidzę głupców, ale bardziej jeszcze nienawidzę ludzi, którzy popełniają błędy, mimo ojcowskich starań, jakimi się ich otacza.

Podał Godeschalowi list Mariety i banknot w nim zawarty.

— Darujesz, że otwarłem — dodał — ale pokojówka siostry powiedziała mi, że to w sprawie tyczącej kancelarii. Odprawisz Oskara.

— Nieszczęsny chłopak kosztował mnie dużo trudu! — rzekł Godeschal. — Ten wałkoń Jerzy Marest jest jego złym duchem, powinien go unikać jak zarazy, bo nie wiem, co by się stało za trzecim spotkaniem.

— Jak to? — spytał Desroches.

Godeschal odpowiedział w krótkości mistyfikację w czasie podróży do Presles.