W długi czas po bitwie pod Macta, czarno ubrana starsza dama, idąc pod rękę z trzydziestoletnim mężczyzną, w którym przechodnie łatwo mogli poznać spensjonowanego oficera, ile że brak mu było ręki, a miał rozetkę Legii w klapie, stała o ósmej rano, w maju, pod bramą hotelu pod Srebrnym Lwem, przy ulicy Faubourg-Saint-Denis, czekając widocznie na odjazd dyliżansu. To pewna, iż Pietrek, przedsiębiorca komunikacji w dolinie Oise, który obsługiwał okolicę przez Saint-Leu-Taverny i Isle-Adam aż do Beaumont, niełatwo byłby poznał w tym spalonym od słońca oficerze małego Oskara, którego wiózł niegdyś do Presles. Pani Clapart, nareszcie wdowa, również zmieniła się do niepoznania. Clapart, jedna z ofiar zamachu Fieschiego, więcej przysłużył się żonie swoją śmiercią niż życiem. Oczywiście próżniak i włóczykij Clapart wystawał na swoim bulwarze du Temple, przyglądając się rewii swojego legionu. Biedna dewotka otrzymała tedy tysiąc pięćset franków dożywotnej pensji, którą prawo przyznało ofiarom piekielnej machiny.
Powóz, zaprzężony w cztery jabłkowite konie, które przyniosłyby zaszczyt samej poczcie królewskiej, podzielony był na karetę, rotundę i imperiałkę. Podobny był zupełnie do owych dyliżansów nazwanych gondolami, które wytrzymują dziś na drodze do Wersalu konkurencję z dwiema liniami kolei żelaznej. Lekka i mocna zarazem, ładnie pomalowana i dobrze utrzymana, wyścielona cienkim niebieskim suknem, opatrzona storami i poduszkami z czerwonego safianu, Jaskółka Oise mieściła dziewiętnastu pasażerów. Mimo swoich pięćdziesięciu lat, Pietrek niewiele się zmienił. Wciąż ubrany w swoją bluzę, pod którą miał czarne ubranie, palił fajeczkę, dozorując dwóch służących w liberii, którzy ładowali liczne pakunki na obszerną imperiałkę.
— Czy państwo zatrzymali76 miejsca? — rzekł do pani Clapart i do Oskara, przyglądając się im jak człowiek, który skupia swoją pamięć.
— Tak, dwa miejsca wewnątrz, na nazwisko mego służącego Belle-Jambe — odparł Oskar — musiał je zamówić, wyjeżdżając wczoraj wieczór.
— A, to pan jest nowy poborca w Beaumont — rzekł Pietrek — pan obejmuje miejsce po bratanku pana Margueron...
— Tak — rzekł Oskar, ściskając za ramię matkę, która chciała coś mówić.
Tym razem pragnął zostać nieznany jakiś czas.
W tej chwili Oskar zadrżał, słysząc głos Jerzego Marest, który krzyknął z ulicy:
— Pietrek, czy masz tam jeszcze miejsce?
— Zdaje mi się, że mógłby pan powiedzieć: panie Pietrze, a gęba by panu nie spuchła — odparł żywo przedsiębiorca.