— Ale w jaki sposób stracił pan swoich trzydzieści tysięcy franków renty? — rzekł Oskar do Jerzego.
— Tak jak pan stracił swoją rękę — odparł sucho eks-dependent rejenta eks-dependentowi adwokata.
— Podjął pan tedy jaką szlachetną akcję? — rzekł Oskar z ironią.
— Do kata! Na nieszczęście za wiele akcji, mam je na sprzedaż.
Przybyli do Saint-Leu-Tavernay, gdzie wszyscy podróżni wysiedli w czasie, gdy przeprzęgano. Oskar podziwiał chyżość, z jaką Pietrek wraz z woźnicą zdejmowali uprząż koniom.
„Ten biedny Pietrek — pomyślał — tak samo jak ja niedaleko zaszedł. Jerzy osunął się w nędzę. Wszyscy inni, dzięki spekulacji i talentom, zrobili los...” — Czy tutaj jemy śniadanie, Piotrusiu? — rzekł głośno Oskar, klepiąc właściciela dyliżansu po ramieniu.
— Nie jestem woźnicą — odparł Pietrek.
— A czymże jesteście? — spytał pułkownik Husson.
— Przedsiębiorcą — odparł Pietrek.
— No, nie dąsaj się na starych znajomych — rzekł Oskar, wskazując swoją matkę. — Nie poznajesz pani Clapart?