— Ojcze Léger — rzekł Pietrek, znalazłszy się u stóp bystrej góry, między przedmieściem Saint-Denis a ulicą de la Fidélité — zesiądziemy, co?

— Ja też zesiadam — rzekł hrabia, słysząc to nazwisko — trzeba ulżyć koniom.

— Ech, jeżeli będziemy jechali w ten sposób, zrobimy czternaście mil w dwa tygodnie! — wykrzyknął Jerzy.

— Czy to moja wina? — rzekł Pietrek — pasażer chce wysiąść.

— Dostaniesz dziesięć ludwików, jeśli wiernie dochowasz sekretu, o który cię prosiłem — rzekł hrabia z cicha, ujmując Pietrka za ramię.

„Och! moje tysiąc franków” — powiedział sobie, Pietrek mrugnąwszy do pana de Sérisy okiem w sposób znaczący: „Może pan na mnie liczyć”.

Oskar i Jerzy zostali w pojeździe.

— Słuchaj no, Pietrek, skoro wam Pietrek na imię — wykrzyknął Jerzy, gdy na szczycie podróżni wsiedli z powrotem — jeżeli nie zamierzacie jechać szybciej, powiedzcie mi, płacę za miejsce i najmuję szkapę w Saint-Denis, mam pilne sprawy, które mogłyby ucierpieć na zwłoce.

— Och, on pojedzie dobrze — rzekł stary Léger. — Zresztą droga nie jest daleka.

— Nigdy się nie spaźniam36 więcej niż pół godziny — odparł Pietrek.