— Ale jak... — rzekł ojciec Léger, który zaczynał nic nie rozumieć.
— Jak? — rzekł Jerzy. — Po prostu są urzędnicy, którzy zagarniają zbiory, zostawiając fellahom ściśle tyle, aby mogli wyżyć. Toteż, przy tym systemie, nie ma pisaniny ani biurokracji, tej plagi Francji... Ot, co.
— Ale na jakiej zasadzie? — rzekł dzierżawca.
— To kraj despotyzmu i koniec. Czy pan nie zna pięknego określenia despotyzmu u Monteskiusza? „Jak dziki, ścina drzewo u samych korzeni, aby zerwać owoc”...
— I nas chcą doprowadzić do tego — rzekł Mistigris — ale póty dzban wodę kosi...
— I dojdą do tego — wykrzyknął hrabia de Sérisy. — Toteż ci, co mają ziemię, dobrze uczynią, sprzedając ją. Pan Schinner musiał widzieć, w jakim tempie te rzeczy posuwają się we Włoszech.
— Corpo di Bacco! Papież nie robi sobie ceremonii! — odparł Schinner. — Ale przyzwyczaili się Włosi, to taki poczciwy naród! Byleby im pozwolono trochę mordować podróżnych po gościńcach, są zadowoleni.
— Ale — podjął hrabia — i pan także nie nosisz wstążeczki Legii, którą otrzymałeś w roku 1819, więc to powszechna moda?
Mistigris i fałszywy Schinner zaczerwienili się po uszy.
— Ja! To co innego — odparł Schinner — ja nie chciałbym, aby mnie poznano. Niech mnie pan nie zdradzi, proszę pana. Ja się podaję za młodego malarzynę, uchodzę za dekoratora. Jadę do pewnego zamku, gdzie nie powinienem wzbudzać podejrzenia.