— A, jeżeli pan tam był, musi pan wiedzieć, że tam, nad Adriatykiem, to wszystko starzy piraci, rozbójniki, korsarze na emeryturze, o ile ich nie powieszono, słowem...

— Słowem Uskoki46 — rzekł Jerzy.

Słysząc to autentyczne miano, hrabia, który, wysłany przez Napoleona, bywał w Ilirii, obrócił głowę zdziwiony.

— To było w tym mieście, gdzie robią maraskino47 — rzekł Schinner, jakby szukając nazwy.

— Zara! — rzekł Jerzy. — Byłem tam, to na wybrzeżu.

— Właśnie — rzekł malarz. — Ja pojechałem tam, aby zwiedzić kraj, pasjami lubię krajobrazy. Dwadzieścia razy bierze mnie chętka, aby się wziąć do pejzaży, których, wedle mnie, nikt nie rozumie, z wyjątkiem tego malca, który kiedyś będzie nowym Hobbemą, Klaudiuszem Lorrain, Ruysdalem, Poussinem et caetera.

— Ależ — wykrzyknął hrabia — niech będzie choćby jednym z nich, a to już wystarczy.

— Jeżeli pan będzie wciąż przerywał — rzekł Oskar — nigdy nie dojdziemy do końca.

— Zresztą ten pan nie do pana się zwraca — rzekł Jerzy do hrabiego.

— To nie jest grzecznie przerywać — rzekł sentencjonalnie Mistigris — ale wszyscyśmy to robili, i stracilibyśmy wiele, gdybyśmy nie przeplatali rozmowy bystrą i zajmującą wymianą myśli. Wszyscy Francuzi są równi w kukułce, powiedział wnuk wielkiego Jerzego. Mów tedy dalej, sympatyczny starcze, bujaj nas. To się praktykuje w najlepszych towarzystwach; zna pan przysłowie: Kiedyś wlazł między wrony, bujaj jak i one.