Stary Cardot mieszkał w Belleville, w jednym z pierwszych domów nad Courtille. Zajmował tam na pierwszym piętrze, skąd rozciągał się widok na dolinę Sekwany, mieszkanie za tysiąc franków rocznie, ze światłem od południa i z wyłącznym użytkiem ogrodu; toteż niewiele troszczył się o kilku lokatorów zamieszkałych w tej obszernej willi. Zapewniwszy sobie przy kontrakcie, że w domu tym pozostanie do śmierci, żył dosyć skąpo, mając do usługi starą kucharkę i dawną pokojówkę nieboszczki pani Cardot, które spodziewały się zgarnąć po jego śmierci jakieś sześćset franków renty i wskutek tego nie kradły. Obie służące dbały bardzo o swego pana i były doń przywiązane tym więcej, że nie był zrzędny ani drobiazgowy. Mieszkanie urządzone przez nieboszczkę przetrwało w tym stanie od sześciu lat; staremu to wystarczało. Razem wziąwszy, nie wydawał ani tysiąca talarów rocznie; jadał w Paryżu pięć razy na tydzień, i wracał co wieczór o północy uprzywilejowaną dorożką, która stała przy rogatce Courtille. Kucharka miała na głowie jedynie śniadanie. Poczciwiec śniadał o jedenastej, po czym ubierał się, perfumował i jechał do Paryża. Zazwyczaj mieszczuchy uprzedzają, kiedy obiadują poza domem: stary Cardot uprzedzał, kiedy miał jeść w domu.

Staruszek ten, pulchny, świeży, barczysty, silny, był zawsze, jak to mówią, wystrojony na ostatni guzik; czarne jedwabne pończochy, atłasowe gołąbkowe spodnie, biała pikowa kamizelka, olśniewająca bielizna, błękitny fraczek, fiołkowe jedwabne rękawiczki, złote sprzączki u trzewików i spodni, wreszcie odrobina pudru i harcap związany czarną wstążką. Twarz jego znaczyła się krzaczastymi brwiami, pod którymi błyszczały szare oczy, oraz kwadratowym, grubym i długim nosem, który dawał mu wygląd starego proboszcza. Fizjonomia ta dotrzymywała słowa. Stary Cardot należał w istocie do owej rasy jurnych staruchów, która znika z dnia na dzień i którą chętnie pokazywały powieści i komedie osiemnastego wieku. Wujaszek Cardot mówił strzeliście: „Piękna pani!”, odwoził dorożką samotne kobiety, oddawał się — jak mówił — na ich rozkazy po rycersku. Pod stateczną miną, pod siwymi włosami, krył starość zaprzątniętą jedynie przyjemnościami. W męskim towarzystwie śmiało głosił zasady Epikura i pozwalał sobie na trefności wcale ostre. Nie krzywił się, że zięć jego Camusot zaleca się do uroczej aktorki Koralii, bo on sam po kryjomu finansował pannę Florentynę, primabalerinę teatru Gaité. Ale to życie i te zasady nie przebijały ani w jego domu, ani w jego obejściu. Poważny i grzeczny, wujaszek Cardot wydawał się niemal chłodny, tak dalece dbał o pozory: nawet dewotka nazwałaby go obłudnikiem. Godny ten jegomość osobliwie nienawidził księży; należał do stada głupców abonujących „Constitutionnel” i interesował się wielce rzekomymi odmowami pogrzebu. Ubóstwiał Woltera, mimo że jego ludzie to byli raczej Piron, Vadé, Collé. Oczywiście podziwiał Bérangera, którego nazywał wielce dowcipnie arcykapłanem wyznania Lizetki. Córki jego, panie Camusot i Protez, oraz jego dwaj synowie spadliby, jak to mówią, z księżyca, gdyby im ktoś objaśnił, co ich ojciec rozumie pod: „śpiewać Alleluja”. Ten roztropny starzec nie wspominał o swoim dożywociu dzieciom, które, widząc jego skromny tryb życia, myślały, że on się wyrzekł wszystkiego dla nich i otaczały go podwójną tkliwością i względami. Toteż czasem mawiał do synów:

— Nie straćcie majątku, bo nie mam wam co zostawić.

Camusot, w którym widział pokrewną duszę i którego lubił na tyle, że go dopuszczał do swoich hulanek, był jedynym wtajemniczonym w jego trzydzieści tysięcy renty. Camusot pochwalał filozofię starego, który, jego zdaniem, zapewniwszy szczęście dzieciom i chlubnie dopełniwszy swoich obowiązków, miał prawo wesoło dokończyć życia.

— Widzisz, chłopcze — powiadał mu eks-właściciel Złotego Kokona — mogłem się drugi raz ożenić nieprawdaż? Młoda żona dałaby mi dzieci... I ot. Florentyna kosztuje mnie taniej niż żona, nie nudzi mnie, nie da mi dzieci i nie przeje waszego majątku.

Camusot uwielbiał w Cardocie subtelny zmysł rodzinny, uważał go za wzór teściów.

— Umie — powiadał — połączyć dobro swoich dzieci z przyjemnościami, których tak naturalnym jest chcieć zakosztować na starość, skoro się strawiło życie w zaduchu sklepowym.

Ani Cardot, ani Camusotowie, ani Protezowie nie mieli pojęcia o egzystencji swej dawnej ciotki, pani Clapart. Stosunki rodzinne ograniczały się do oficjalnych zawiadomień w razie śmierci lub małżeństwa oraz biletów w dzień Nowego Roku. Duma pani Clapart umiała przemóc swą naturę jedynie dla dobra Oskara i w stosunku do pana Moreau, jedynego człowieka, który pozostał jej wierny w nieszczęściu. Nie nużyła Cardota ani swą obecnością, ani swymi prośbami; ale uczepiła się go jak nadziei, odwiedzała go raz na kwartał, mówiła mu o Oskarze, bratanku nieboszczki Cardot, i woziła go doń trzy razy w czasie wakacji. Za każdą wizytą starowina brał Oskara na obiad do restauracji, wieczorem do Gaité i odwoził go na ulicę de la Cerisaie. Raz, ubrawszy go całkiem na nowo, dał mu kubek i srebrne nakrycie wymagane jako wyprawka w kolegium. Matka Oskara starała się wmówić w poczciwca, że Oskar jest doń bardzo przywiązany, wciąż mu mówiła o tym kubku, o tym nakryciu i o ślicznym ubraniu, z którego została już tylko kamizelka. Ale te spryciarstwa więcej szkodziły niż pomagały Oskarowi w oczach starego wygi tak szczwanego jak wujaszek Cardot. Stary Cardot nigdy zbytnio nie miłował swojej nieboszczki, chudej i rudej gidii, znał zresztą okoliczności małżeństwa nieboszczyka Husson z matką Oskara; nie myśląc o niej bynajmniej nic złego, wiedział wszakże, że Oskar był pogrobowcem: toteż uważał tego siostrzeńca za zupełnie obcego plemieniu Cardotów. Nie przewidując nieszczęścia, matka Oskara nie postarała się zadzierzgnąć bliższych węzłów między Oskarem a wujem, co mogła uczynić, wszczepiając kupcowi przywiązanie do bratanka od pierwszego dziecięctwa. Jak kobiety, które skupiają wszystko w uczuciu macierzyństwa, pani Clapart nie stawiała się w położeniu wuja Cardot, była przekonana że on się musi niezmiernie interesować tak rozkosznym dzieckiem, które, koniec końców, nosi nazwisko nieboszczki.

— Proszę pana, przyszła matka Oskara, panowego bratanka — rzekła pokojówka do pana Cardot, który przechadzał się w ogrodzie, czekając na śniadanie, świeżo ogolony i upudrowany przez swego balwierza65.

— Dzień dobry, piękna pani — rzekł eks-kupiec jedwabny, kłaniając się pani Clapart i zawijając się w biały pikowy szlafrok. — He, he! Pani malec rośnie — dodał biorąc Oskara za ucho.