— Proszę, niech ksiądz weźmie z biblioteki — odparł Birotteau, któremu ostatnie słowa Trouberta uprzytomniły wszystkie rozkosze jego życia.
Wysoki kanonik przeszedł do biblioteki i pozostał tam przez czas, przez który wikariusz się ubierał. Niebawem rozległ się dzwon na śniadanie, podagryk zaś, pomyślawszy, iż gdyby nie odwiedziny Trouberta nie miałby ognia przy wstawaniu, powiedział sobie:
— To poczciwy człowiek!
Obaj księża zeszli razem, uzbrojeni każdy olbrzymim in folio, które złożyli na konsolce55 w jadalni.
— Cóż to takiego? — spytała cierpko panna Gamard, zwracając się do księdza Birotteau. — Mam nadzieję, że ksiądz mi nie będzie zagracał jadalni swymi szpargałami.
— To ja potrzebowałem tych książek — odparł Troubert — ksiądz wikariusz był tak uprzejmy, że mi ich pożyczył.
— Powinnam była się domyślić — rzekła, uśmiechając się wzgardliwie. — Ksiądz Birotteau nie często zagląda do tych grubych tomów.
— Jak pani się miewa? — odparł pensjonariusz pieszczonym głosem.
— Nieszczególnie — odparła sucho.— Ksiądz jest przyczyną, że mnie zbudzono z pierwszego snu i całą noc mi to zepsuło.
Panna Gamard dodała siadając: