— Z tych, moje dziecko, które trzeba sobie mówić, ale nigdy nie trzeba ich pisać.
— Stajesz się naczelnym redaktorem — rzekł Lucjan.
— Gdzie mam cię wysadzić? — spytał Lousteau.
— U Koralii.
— Aha, jesteśmy zakochani — rzekł Lousteau. — Cóż za błąd! Zrób z Koralii to, co ja robię z Floryny, spiżarnię, ale wolność ponad wszystko!
— Świętego zawiódłbyś do piekła — rzekł, śmiejąc się, Lucjan.
— Piekło ojczyzną szatanów — odparł Lousteau.
Lekki, błyszczący ton nowego przyjaciela, sposób, w jaki odnosił się do życia, paradoksy jego, zmieszane z maksymami paryskiego makiawelizmu, mimowiednie działały na Lucjana. W teorii poeta uznawał niebezpieczeństwo tych poglądów, w praktyce pojmował ich użyteczność. Dobiwszy do bulwaru du Temple, przyjaciele postanowili, iż spotkają się między czwartą a piątą w redakcji, gdzie zjawi się bez wątpienia i Hektor Merlin. Lucjan w istocie tonął w rozkoszach szczerej miłości kurtyzany, z rasy kobiet, które wpijają pazury w najczulsze miejsca duszy, naginając się z nieprawdopodobną gibkością do wszystkich pragnień, schlebiając leniwym nałogom i czerpiąc w nich swą siłę. Miał już we krwi rozkosze Paryża, polubił łatwe, obfite i wystawne życie, jakie aktorka stwarzała mu u siebie. Zastał Koralię i Camusota pijanych radością. Teatr Gymnase ofiarował jej od Wielkanocy engagement, którego warunki, sformułowane jasno, przewyższały nadzieje Koralii.
— Panu zawdzięczamy ten triumf — rzekł Camusot.
— Och! Z pewnością, gdyby nie on, Alkad zrobiłby klapę, nie byłoby prasy i tkwiłabym na bulwarach jeszcze sześć lat.