— Wiesz, Dauriat, że Lucjan należy do dziennika? — rzekł Lousteau.
— Wiem — odparł Dauriat — czytałem jego artykuł i w dobrze zrozumianym jego własnym interesie odrzucam Stokrocie! Tak, drogi panie, dam panu za pół roku od dziś więcej pieniędzy za artykuły, o które pana przyjdę prosić, niż za pańską poezję bez odbiorców!
— A sława? — wykrzyknął Lucjan.
Dauriat i Lousteau zaczęli się śmiać.
— Ba — rzekł Lousteau — chłopię długo przechowuje iluzje!
— Sława — odparł Dauriat — to dziesięć lat wytrwałości i sto tysięcy franków straty lub zysku dla księgarza. Jeśli pan znajdzie szaleńców, którzy wydrukują twoje poezje, za rok nabierzesz dla mnie szacunku, dowiadując się o rezultatach ich machinacji.
— Czy ma pan rękopis tutaj? — rzekł Lucjan zimno.
— Oto jest, drogi panie — odparł Dauriat, którego ton stał się znacznie słodszy.
Lucjan wziął rulon, nie patrząc na sznurek, tak wszystko przemawiało za tym, że Dauriat czytał Stokrocie. Wyszedł ze Stefanem, nie zdając się zgnębiony ani niezadowolony. Dauriat przeprowadził obu przyjaciół do sklepu, mówiąc o swym piśmie i o dzienniku Stefana. Lucjan bawił się niedbale rękopisem Stokroci.
— Czy myślisz, że Dauriat czytał albo dał do czytania twoje sonety? — szepnął mu Stefan.