— Czy pan zadowolony?
— Owszem — odparł poeta, który uczuł, iż zalewa go nieopisana błogość na widok fantastycznej sumy.
Lucjan powściągał się, ale miał ochotę śpiewać, skakać, wierzył w tej chwili w cudowną lampę, w czarnoksiężników, wierzył w swój geniusz.
— Zatem Stokrocie są moje — rzekł księgarz — ale nie będzie pan zaczepiał nigdy żadnego z moich wydawnictw?
— Stokrocie są pańskie; ale nie mogę wiązać mego pióra; należy ono do moich przyjaciół, jak ich pióro do mnie.
— Ależ ostatecznie stajesz się pan jednym z moich autorów. Wszyscy moi autorzy są mymi przyjaciółmi. Zatem przyrzekasz nie szkodzić interesom firmy, nie uprzedziwszy mnie o atakach, iżbym mógł im zapobiec.
— Zgoda.
— Na pańską sławę — rzekł Dauriat, podnosząc szklankę.
— Widzę, że pan czytał Stokrocie — rzekł Lucjan.
— Moje dziecko, kupić Stokrocie, nie znając ich, to najpiękniejszy komplement, na jaki może pozwolić sobie księgarz. Za pół roku będziesz wielkim poetą; będziesz miał prasę, boją się ciebie, nie będę miał najmniejszego kłopotu ze sprzedażą pańskiej książki. Ja jestem ten sam kupiec co przed czterema dniami. Nie ja się zmieniłem, ale pan: w zeszłym tygodniu pańskie sonety były dla mnie warte tyle, co liście kapusty; dziś pozycja pańska zrobiła z nich banknoty.