Raz żyjem! Tam do licha!
Z podwójną więc ochotą
Raj sączmy dziś z kielicha!
A więc,
A więc:
Pijmy, żyjmy,
Żyjmy, pijmy,
Z reszty sobie drwijmy!
W chwili gdy poeta śpiewał ten straszliwy ostatni kuplet, weszli Bianchon i d’Arthez i zastali go w paroksyzmie przygnębienia: wylewał strumienie łez i nie miał już sił, aby przepisać na czysto piosenki. Kiedy wśród łkań odmalował swoje położenie, ujrzał łzy w oczach słuchaczy.
— To — rzekł d’Arthez — maże wiele błędów!