Skoro Bonifacy słodkim i obleśnym tonem rzucił to pytanie, Ewa znów spojrzała na męża, upominając, aby nie odpowiadał lub też zbył ich byle czym.
— Szukam fabrykacji papieru o pięćdziesiąt procent tańszego od ceny dzisiejszej...
I odszedł, nie zauważywszy spojrzenia, które wymienili bracia, jak gdyby mówiąc: „Ten człowiek musi być wynalazcą: nie można mieć takiego karku i siedzieć bezczynnie! — Wyzyskajmy go! — mówił Bonifacy. — Ale jak?” — mówił Jan.
— Dawid postępuje z panami jak ze mną — rzekła pani Séchard. — Obawia się widać mego imienia i kiedy się robię zanadto ciekawa, rzuca mi ten frazes, który, ostatecznie, jest tylko programem.
— Jeżeli mąż pani zdoła urzeczywistnić ten program, dojdzie do fortuny z pewnością szybciej niż drukarstwem. Nie dziwię się już teraz, że tak zaniedbuje zakład — odparł Bonifacy, spoglądając ku opuszczonej pracowni, gdzie Kolb, siedząc na tarcicy, nacierał kromkę chleba czosnkiem. — Bądź co bądź, nie byłoby nam zbyt na rękę widzieć tę drukarnię w ręku czynnego, ruchliwego, ambitnego konkurenta; może tedy porozumielibyśmy się z sobą. Jeżeli, na przykład, zgodzilibyście się państwo wynająć za pewną sumę inwentarz jednemu z naszych ludzi, który pracowałby dla nas pod waszą firmą, jak się to praktykuje w Paryżu, dalibyśmy temu chłopcu dosyć roboty, aby mógł państwu płacić bardzo dobry czynsz i samemu odkładać nieco...
— To zależy od sumy — odparła Ewa. — Ile ofiarujecie panowie? — rzekła, patrząc na Bonifacego w sposób mający świadczyć, że rozumie doskonale jego plan.
— A żądania państwa? — odparł żywo Jan Cointet.
— Trzy tysiące franków półrocznie — rzekła.
— Ech, droga pani, wszak mówiła pani o sprzedaży drukarni za dwadzieścia tysięcy — odparł słodziutko Bonifacy.
— Procent od dwudziestu tysięcy wynosi tylko tysiąc dwieście, licząc po sześć od sta797.