— Niezupełnie; ale trzeba go potrzymać jakiś czas pod kluczem...
— W jakim celu?
— Czy uważasz mnie za tak głupiego, że ci to powiem? Jeśli będziesz miał dość sprytu, aby zgadnąć, znajdziesz go też na tyle, aby milczeć.
— Ojciec Séchard ma pieniądze — rzekł Petit-Claud, wchodząc już w tok myśli Bonifacego i spostrzegając możliwość niepowodzenia.
— Póki żyje, nie da synowi ani szeląga; nie wybiera się wcale na tamten świat.
— Zatem rzecz ułożona — rzekł Petit-Claud, który zdecydował się szybko. — Nie żądam od pana gwarancji, jestem adwokatem; gdyby mnie pan wystrychnął na dudka, porachowalibyśmy się.
„Hultaj zajdzie daleko” — pomyślał Cointet, żegnając Petit-Clauda ukłonem.
Nazajutrz po tej naradzie, trzydziestego kwietnia, bracia Cointetowie przedstawili pierwszy z trzech podrobionych przez Lucjana weksli. Na nieszczęście, oddano go biednej pani Séchard, która poznając, iż podpis męża jest podrobiony, zawołała Dawida i rzekła wprost:
— Nie podpisywałeś tego weksla?
— Nie — odparł — brat twój był w tak naglącym położeniu, że podpisał go za mnie...