— Dziękuję, drogi kolego, sam sobie powtarzałem to wszystko — wykrzyknął Séchard — ale wdzięczny ci jestem, iż okazujesz mi tyle przezorności i troski... Nie o mnie chodzi w tym przedsięwzięciu. Mnie tysiąc dwieście franków rocznie starczyłoby w zupełności, ojciec zaś zostawi mi kiedyś co najmniej trzy razy tyle... Żyję miłością i myślą! Boskie życie... Chodzi o Lucjana i o żonę, dla nich pracuję...
— Dobrze więc, podpisz to pełnomocnictwo i nie zaprzątaj się już niczym prócz swego wynalazku. W chwili gdy trzeba będzie ukryć się przed dekretem uwięzienia, uprzedzę cię w wilię, należy wszystko przewidywać. I przyjm ode mnie rade, abyś nie pozwolił wchodzić w swój próg nikomu, kogo nie jesteś pewien jak samego siebie.
— Cérizet nie zgodził się odnowić dzierżawy, stąd te drobne kłopoty pieniężne. Zostaje przeto w domu jedynie Maryna, Kolb — Alzatczyk przywiązany do mnie jak pies — żona moja i teściowa...
— Słuchaj — rzekł Petit-Claud — nie trzeba ufać i psu...
— Nie znasz go! — wykrzyknął Dawid. — Kolb to drugi ja.
— Godzisz się, abym go wziął na próbą?
— Dobrze — rzekł Séchard.
— Zatem do widzenia; racz powiedzieć pięknej pani Séchard, aby się potrudziła do mnie; pełnomocnictwo żony jest nieodzowne. I, mój drogi, nie zapominaj, że dach pali ci się nad głową — rzekł Petit-Claud, uprzedzając w ten sposób Dawida o wszystkich nieszczęściach prawnych, jakie miały się zwalić na niego.
„Jestem tedy jedną nogą w Burgundii, a drugą w Szampanii” — rzekł do siebie Petit-Claud, odprowadzając przyjaciela swego Dawida do drzwi kancelarii.
Dręczony kłopotami, jakie przynosi z sobą brak pieniędzy, zgryzotami, jakie mu sprawiał stan żony, podciętej haniebnym postępkiem Lucjana, Dawid szukał ciągle rozwiązania swego problemu; otóż, udając się do Petit-Clauda, żuł po drodze, przez roztargnienie, w ustach łodygę pokrzywy, którą włożył był do wody, aby dojść do jakiegoś sposobu moczenia łodyg przeznaczonych na materiał do wyrobu masy. Idąc przez ulicę, dosyć zadowolony z konferencji, znalazł w zębach kulkę miazgi, wziął ją na rękę, rozpłaszczył i ujrzał masę doskonalszą od wszystkich swych dotychczasowych kompozycji; główną bowiem ujemną stroną miazgi roślinnej jest brak spójności. Słoma, na przykład, daje papier łamiący się, jakby metaliczny i dźwięczny. Przypadki takie wchodzą w rękę jedynie śmiałym poszukiwaczom naturalnych przyczyn!