— No więc? Jak zamierzacie wziąć się do rzeczy? Gdybyśmy mogli przyskrzynić go jutro rano, oszczędzilibyśmy na czasie — rzekł Gruby Cointet.

— Ba! Toć to dobra dusza: sam wlezie nam w ręce — wykrzyknął Cérizet.

Poznawszy głos Grubego Cointeta, zwłaszcza zaś słysząc te dwa zdania, Kolb odgadł natychmiast, że idzie o Dawida; zdumienie jego wzrosło, kiedy poznał głos Cérizeta.

„Chłobag, gdóry jatł jeko chlep” — wykrzyknął w duchu ze zgrozą.

— Moje dzieci — rzekł Doublon — oto jak trzeba się wziąć do rzeczy. Rozrzucimy naszych ludzi w znacznej odległości od ulicy de Beaulieu i placu du Mûrier, we wszystkich kierunkach, w ten sposób, aby bez jego wiedzy postępować w tropy ptaszka; nie opuścimy go, póki nie wejdzie do domu, który obierze sobie za kryjówkę; zostawimy mu parę dni spokoju, następnie przykryjemy go tam pewnego pięknego dnia przed wschodem albo po zachodzie słońca.

— Ale co on robi w tej chwili? Może się nam wymknąć — rzekł Gruby Cointet.

— Jest u siebie — rzekł imć Doublon — gdyby wyszedł, wiedziałbym o tym. Jeden z moich pomocników (komornicy nadają swoim szpiclom uczciwe miano pomocników) stoi na posterunku na placu du Mérier, drugi na rogu przy trybunale, a trzeci o trzydzieści kroków od mego domu. Jeśli ptaszek wyściubi nos z domu, gwizdną; nie zdążyłby uczynić trzech kroków, a jużbym wiedział o tym za pomocą mego telegrafu.

Kolb nie rachował na tak pomyślny przypadek; opuścił kancelarię, mówiąc służącej:

— Ban Touplon sajendy na tłuko, bofródzę judro rano wdżeźnie.

Alzatczyk, dawny kawalerzysta, powziął pewną myśl, którą natychmiast wprowadził w czyn. Pobiegł do znanego sobie najemcy koni, wybrał konia, kazał go osiodłać i wrócił co najśpieszniej do domu, gdzie zastał panią Ewę w głębokiej rozpaczy.