— Kcie mam gierofadź?... — spytał Kolb, znalazłszy się o milę za miastem, na gościńcu paryskim.

— Do Marsac! — odparł Dawid. — Skoro mnie zawiodłeś na tę drogę, spróbuję jeszcze ostatni raz odwołać się do serca ojca.

— Folałpym radżej żarszofadź paderię armad; dodź on nie ma zerdza, den bańzgi żanofny ojdziedz.

Stary drukarz nie wierzył w syna; sądził go, jak sądzi lud, po rezultatach. Po pierwsze, nie poczuwał się do tego, że obłupił Dawida; po wtóre, nie zastanawiając się nad różnicą czasów, mówił sobie:

„Posadziłem go w siodle, tak jak i ja sam znalazłem się z początku; i on, który uczył się tysiąc razy więcej, nie umiał ruszyć z miejsca!”

Niezdolny pojąć syna, potępiał go i przyznawał sobie jak gdyby wyższość nad tą wysoką inteligencją, mówiąc:

— Zabezpieczam mu chleb.

Nigdy moraliści nie zdołają uwydatnić całego wpływu, jaki uczucia mają na interesy. Wpływ ten jest równie potężny, jak wpływ interesów na uczucia. Wszystkie prawa natury mają podwójne działanie, w odwrotnym do siebie stosunku. Dawid rozumiał ojca i miał tę szczytną wielkoduszność, że go tłumaczył. Przybywszy o ósmej do Marsac, Kolb i Dawid zastali starego kończącego obiad, który z konieczności schodził się z chwilą spoczynku.

— Widzę cię z łaski trybunałów — rzekł ojciec do syna z gorzkim uśmiechem.

— Jag ban chdżez, apy ban Tafit mókł zię zbodygadź s panem? On fętruje bo niepie, a ban dgfiż safże f finnidzy! — wykrzyknął Kolb oburzony. — Sabładź ban, sabładź! Do bańsga ojdzofsga bofinnoźdź.