— Nieszczęśliwy szedł do was pieszo, znosząc najokropniejsze braki; wraca upokorzony, skruszony i pragnie odmienić życie, naprawić swoje błędy.
— Ojcze — rzekła siostra — mimo złego, jakie nam wyrządził, kocham brata tak, jak się kocha ciało istoty, która już nie istnieje; kochać go w ten sposób to znaczy jeszcze kochać więcej, niż wiele sióstr kocha swoich braci. Wtrącił nas w straszną nędzę; ale niech przyjdzie, podzieli ten lichy kawałek chleba, jaki jeszcze mamy, słowem to, co nam zostawił. Ach, gdyby nie był nas opuszczał, księże proboszczu, nie postradalibyśmy najdroższych skarbów!
— I to ta sama kobieta, która go stąd uprowadziła, przywiozła go z powrotem swą karocą — wykrzyknęła pani Chardon. — Wyjechawszy w kolasie pani de Bargeton, obok niej, wrócił z tyłu, na walizce!
— W czym mogę być państwu użyteczny? — spytał zacny proboszcz, szukając jakiegoś pożegnalnego frazesu.
— Ach, księże — odparła pani Chardon — rana pieniężna nie jest śmiertelna, powiadają; ale takich ran nie może uleczyć kto inny niż sam chory.
— Gdybyś, ojcze, miał dość wpływu, aby skłonić mego teścia do wspomożenia Dawida, ocaliłbyś całą rodzinę.
— On nie wierzy w was i wydał mi się bardzo podrażniony — rzekł starzec. Z domyślników winiarza sprawy jego syna wydały się księdzu gniazdem os, w które niebezpiecznie jest stąpić868 nogą.
Ukończywszy swą misję, ksiądz udał się na obiad do Postela, który rozproszył do reszty odrobinę dobrych chęci wuja, przyznając, jak całe Angoulême, słuszność nie Dawidowi, lecz jego ojcu.
— Można sobie dać radę z marnotrawcą — rzekł na zakończenie mały Postel — ale ludzie bawiący się w wynalazki to czysta ruina.
Ciekawość proboszcza nasyciła się zupełnie, co stanowi na prowincji główny cel zapału, z jakim ludzie zajmują się drugimi. Wieczorem ksiądz obznajmił poetę ze wszystkim, co się dzieje u Séchardów, przedstawiając mu swą podróż jako misję najczystszego miłosierdzia.