Petit-Claud, oszołomiony powodzeniem Lucjana, zdumiony fajerwerkami jego dowcipu i jego urokiem, spoglądał na Franciszkę de la Haye, której fizjonomia, pełna podziwu dla Lucjana, zdawała się mówić oblubieńcowi: „Bądź taki jak twój przyjaciel”.

Błysk radości przemknął po twarzy Petit-Clauda.

— Obiad u prefekta dopiero pojutrze, mamy jeszcze dzień, ręczę za wszystko.

— A zatem, mój drogi — rzekł Lucjan do Petit-Clauda, wracając o drugiej pieszo — przybyłem, ujrzałem, zwyciężyłem! Za kilka godzin Dawid będzie bardzo szczęśliwy.

„Oto wszystko, co chciałem wiedzieć” — pomyślał Petit-Claud. — Uważałem cię tylko za poetę, ale ty jesteś i Lauzunem924, to znaczy dwakroć poetą — odparł, żegnając go uściskiem dłoni, który miał być ostatni.

— Droga Ewo — rzekł Lucjan, budząc siostrę — dobra nowina! Za miesiąc Dawid nie będzie miał już długów!...

— Jakim cudem?

— Otóż w spódniczce pani du Châtelet kryje się dawna Luiza; kocha mnie więcej niż kiedykolwiek, postara się za pośrednictwem męża przesłać raport o naszym odkryciu ministrowi spraw wewnętrznych!... Tak więc mamy przed sobą już tylko miesiąc cierpień, tyle, ile mi trzeba, aby się zemścić na prefekcie i uczynić go najszczęśliwszym z mężów.

Ewa, słuchając brata, miała uczucie, że śni.

— Kiedym oglądał ten popielaty salonik, gdzie przed dwoma laty drżałem jak dziecko, kiedym patrzał na te meble, malowidła i postacie, miałem wrażenie, że łuska spada mi z oczu! Jak Paryż odmienia człowieka!