— Mój ojcze — rzekł — człowiek rozwijający z najzimniejszą krwią zasady, które niejeden mieszczuch uważałby za głęboko niemoralne...

— I które są nimi, mój synu, oto czemu Chrystus chciał, aby zgorszenie miało miejsce; i oto czemu świat okazuje taką obawę przed zgorszeniem.

— Człowieka pańskiej miary nie zdziwi pytanie, jakie mu zadam?

— Ech, synu — rzekł Karlos Herrera — nie znasz mnie. Czy myślisz, że przyjąłbym sekretarza, nimbym się przekonał, czy ma zasady dość pewne, aby mnie nie okraść? Jestem rad z ciebie. Posiadasz wszystkie skrupuły człowieka, który myśli o samobójstwie w dwudziestu latach. Chciałeś zapytać...

— Czemu się pan mną interesuje? Jaką wartość przedstawia dla pana moja powolność?... Czemu dajesz mi wszystko? Jakie pan ma w tym wyrachowanie?

Hiszpan popatrzał na Lucjana i uśmiechnął się.

— Poczekajmy nowego wzgórza, chłopcze, pójdziemy kawał pieszo i pogadamy na świeżym powietrzu. Wnętrze kolasy nie jest dość dyskretne.

Milczenie panowało jakiś czas między dwoma towarzyszami podróży, szybkość zaś jazdy dopomogła, można powiedzieć, do moralnego odurzenia Lucjana.

— Dojeżdżamy do wzgórza, ojcze — rzekł Lucjan, budząc się jak gdyby ze snu.

— A zatem, chodźmy — rzekł ksiądz, krzyknąwszy mocnym głosem na pocztyliona, aby się zatrzymał.