— Będzie dziennikarzem — rzekł poważnie Leon Giraud. — Ach! Lucjanie, gdybyś chciał być z nami, w chwili gdy mamy stworzyć dziennik, w którym nigdy prawda ani sprawiedliwość nie będą obrażone, gdzie będziemy rozszerzać nauki pożyteczne dla ludzkości, może...
— Nie będziecie mieli ani jednego abonenta — odparł makiawelicznie Lucjan, przerywając Leonowi.
— Będą mieli pięciuset, wartych pięciuset tysięcy — odparł Michał Chrestien.
— Trzeba wam będzie kapitałów — podjął Lucjan.
— Nie — rzekł d’Arthez — ale poświęcenia.
— Przysiągłby ktoś, że to sklep z pachnidłami — wykrzyknął Michał Chrestien, wąchając komicznym ruchem głowę Lucjana. — Widziano cię w powozie wybitym jedwabiami, zaprzężonym w rumaki godne dandysa, z kochanką iście książęcą, Koralią.
— Więc cóż — rzekł Lucjan — czy w tym co złego?
— Mówisz tak, jakbyś się poczuwał! — krzyknął Bianchon.
— Pragnąłbym dla Lucjana — rzekł d’Arthez — Beatrycze, szlachetnej kobiety, która by go podtrzymała w życiu...
— Ależ Danielu, czy miłość nie jest wszędzie jednaka? — rzekł poeta.