Lucjan wziął dziennik i nie mógł się wstrzymać od śmiechu, czytając małe arcydzieło żartu, stworzone przez Felicjana Vernou.
— Będą kapitulować — rzekł Hektor Merlin.
Lucjan, z weselem w duszy, dorzucił swą cząstkę do kilku konceptów i „słówek”, jakimi kończono dziennik, paląc i gwarząc, opowiadając sobie wypadki dnia, śmiesznostki kolegów lub jakieś nowe szczegóły ich charakteru. Rozmowa ta, drwiąca, dowcipna, złośliwa, zapoznała Lucjana z obyczajami i osobistymi właściwościami personelu literatury.
— Podczas gdy będą składać dziennik — rzekł Lousteau — obejdę z tobą teatrzyki, przedstawię cię w kontroli i za kulisami; później zajdziemy do Floryny i Koralii w Panoramie i pogzimy się z nimi troszkę w garderobie.
I obaj, trzymając się poufale pod rękę, poszli od teatru do teatru, gdzie Lucjan wkroczył jako „redaktor”, komplementowany przez dyrektorów, zjadany spojrzeniami przez aktorki, świadome sukcesu, jaki jeden jego artykuł zapewnił Koralii i Florynie, zaangażowanym jedna do Gymnase na dwanaście tysięcy, druga na osiem do Panoramy. Lucjan spotykał się wszędzie z owacjami, które powiększały go we własnych oczach i dawały mu miarę własnej potęgi. O jedenastej dwaj przyjaciele wkroczyli do Panorama-Dramatique, gdzie niedbały tonik Lucjana zrobił furorę. Zastali tam Natana. Natan podał rękę poecie, który przyjął ją i uścisnął.
— Ejże, szanowni mistrze — rzekł, patrząc na Lucjana i Lousteau — chcecie mnie pogrzebać?
— Czekaj do jutra, mój drogi, zobaczysz, jak Lucjan chwycił cię za grdykę. Słowo honoru, będziesz zadowolony. Kiedy autor spotka się z tak poważną krytyką, książka zyskuje na tym.
Lucjan był czerwony ze wstydu.
— Czy ostra? — spytał Natan.
— Poważna — rzekł Lousteau.