— Twoja książka jest wspaniała — wykrzyknął Lucjan z oczami pełnymi łez — a oni kazali mi ją napaść.

— Biedny chłopcze, twardy jesz chleb! — rzekł d’Arthez.

— Proszę cię tylko o jedną łaskę, zachowaj tajemnicę tych odwiedzin i zostaw mnie w moim piekle, przy tym warsztacie potępieńca. Nie dochodzi się może do niczego, póki najtkliwsze miejsca naszego serca nie stwardnieją w podeszwę.

— Zawsze ten sam! — rzekł d’Arthez.

— Czy uważasz mnie za nikczemnika? Nie, d’Arthezie, ja jestem biedne dziecko pijane miłością.

I wytłumaczył mu swoje położenie.

— Zobaczmyż artykuł — rzekł d’Arthez, wzruszony tym, co Lucjan powiedział o Koralii.

Lucjan podał rękopis, d’Arthez przeczytał i nie mógł się wstrzymać od uśmiechu.

— Cóż za fatalny użytek z talentu! — wykrzyknął.

Ale umilkł, widząc Lucjana w fotelu, przygniecionego prawdziwą boleścią.