Lucjan i Lousteau zbliżyli się do Blondeta, Finota i Vernou, skupiając się w kącie.
— Co on tam robi? — rzekł Blondet do Gabussona, dysponenta, który podszedł się z nim przywitać.
— Kupuje tygodnik: chce go odrestaurować i przeciwstawić „Minerwie”226, która zanadto wyłącznie służy Eymery’emu227, oraz „Konserwatyście”228, który jest zbyt ślepo romantyczny.
— Będzie dobrze płacił?
— Ależ, jak zawsze... zanadto! — rzekł kasjer.
W tej chwili wszedł do księgarni młody człowiek, który świeżo wydał wspaniały romans, rozchwytany szybko i uwieńczony najpiękniejszym sukcesem, romans, którego drugie wydanie drukowało się dla Dauriata. Młody ów człowiek, o niepospolitym i dziwacznym wyglądzie znamionującym naturę artysty, uderzył żywo Lucjana.
— To Natan — szepnął Lousteau prowincjonalnemu poecie.
Natan, mimo nieposkromionej dumy malującej się w jego fizjonomii, wówczas w kwiecie młodości, przystąpił do dziennikarzy z kapeluszem w dłoni i zachował się niemal uniżenie wobec Blondeta, którego znał dotąd tylko z widzenia. Blondet i Finot stali w kapeluszach na głowie.
— Panie, szczęśliwy jestem ze sposobności, jaką nastręcza mi przypadek...
— Jest tak zmieszany, że popełnił pleonazm229 — rzekł Felicjan do Stefana.