Splugen 11 lipca 1840 r.

O ziemio włoska! dziś mi nie żal ciebie
Za to, że wieczną ty się maisz wiosną,
Że po twych drogach święte mirty rosną,
Że jak Archanioł twe słońce na niebie—
I że jak Anioł bladawszego lica
Świeci twój księżyc, niebios twych dziewica—
Że z każdej w zmierzchu tkniętéj mórz twych fali
Bryzgnięta piana, jak diament się pali—
Że po twych brzegach lecące luciole
Tańczą noc całą w sennych kwiatów kole,
Świecąc w powietrzu skrzydełek iskrami,
Aniołki-stróże nad twych łąk różami!
O ziemio włoska! dziś mi żal jest ciebie
Za to, żeś smętną przeszłości królową;
Nieszczęsną duchów nieśmiertelnych wdową,
Żyjącą dzisiaj o żebraczym chlebie—
Że z twoich wzgórzów, jak bogi żałoby,
Płaczą nad tobą mężów twoich groby!
Bo myślą tylko, a nie sercem całem
Jam pojął odblask zmarłych twych wielkości
A wyższą piękność od twojej piękności
Jam sercem poznał—i odtąd kochałem!
Nie kuta z głazu, ani malowana
Choćby nadziemskim pendzlem Rafaela—
Lecz dusza żywa, z pośród duchów wiela
W twarz Anielicy od Boga ubrana
I cierpieć—kochać—na świat ten posłana!
O ziemio włoska, gdy w serca żałobie
Rzucam twe błonia, nie płaczę po tobie,
Lecz za tą płaczę, którą zostawiłem
Tam, na twych brzegach, gdzie z nią razem żyłem,
Gdzie w każdej chwili, przez dni błogich wiele
Jam jej powtarzał: „Kocham cię Aniele!”
O ziemio włoska, strzeż tego Anioła—
Gdy wysp łańcuchem zamknięta dokoła,
Patrzy z skał twoich na błękitne fale
I może na mnie łzą tęsknoty woła—
Mów jej północnym wiatrów twych powiewem
Żeś na ostatniej granie twoich skale
Słyszała także mej rozpaczy żale—
I żem cię żegnał miłości westchnieniem!


Do Duchów.

(PRZY ŚWIETLE KSIĘŻYCA).

Sep. 1840.

Ja was wyzywam duchy czy anieli,
Co na błękitu gwiazdach królujecie—
Coście na wieki z czoła smutek zdjęli:
Bom dziś szczęśliwszy na tym smutnym świecie,
Niż wy w niebiesiech—nie lękam się wzroków
Waszych tęczanych i skrzydeł z płomienia—
Jak wy dziś płynę wśród światła potoków—
Jak wy, wznieść mogę nieśmiertelne pienia!
Tę, którą kocham, płaczącą widziałem—
Łzą rozrzewnienia powrót mój witała—
Odtąd sam cały na zawsze skonałem!
Bom zlał się z duszą tej, która płakała.
Mówcie wy teraz duchy i anieli
Czy w nierozłącznej z jej sercem jedności
Duch mój niebiaństwa waszego nie dzieli?
Choć pije z ziemskiej trucizny miłości?
Wyście spokojni—trwałem wasze szczęście—
Na ziemi radość—choć nie z ziemi rodem—
Dwa serca spaja w wznioślejsze zamężcie
Bo zagrożone boleści rozwodem!
Są chwile ludzkie, o! wam niedościgłe,
Wy od nas górniej i piękniej mieszkacie;
Lecz serca wasze wśród niebios wystygłe!
Co piorun szczęścia w nieszczęściu—nie znacie!
Co kropla rosy wśród piekielnej spieki,
Co twarz kochana po długim rozdziele!
Co zmartwychwstanie po śmierci na wieki!
Co kwiat w pustyni—co iskra w popiele!
Co wzrok łez pełen—co ściśnienie ręki!
Co wspólna bojaźń—co boleść dzielona!
Nie—wy nie wiecie co na krzyżu męki
Rozkwitająca cierniowa korona!
I ten kwiat głogów, na tej smutnej ziemi
Wszystkie wytrzyma słoty, wichry, burze—
On z trosk wyrasta—on z smutków się plemi—
Świeży i piękny, jak Edeńskie róże!
Stokroć rozdarty, rozszarpany, zmięty,
Na czas upadnie w głąb duszy człowieka,
Tam niewidzialny, ale równie święty
Znów listki puszcza, pory słońca czeka!
Takiego kwiatu duchy i anieli
Wy nie znajdziecie po waszych błękitach,
Bo się odświeża tylko w łez kąpieli,
Bo rośnie w głębi, a nigdy na szczytach!
Patrzcie na wieniec, co krwawi mi skronie—
To znak mój ludzki, to z purpury wstęga!
To kwiat męczarni, co wre w mojém łonie—
I duch mój cierpi—lecz do was dosięga!
A kiedy nagle rozwidni się wkoło,
Gdy blask uniesień uderzy mi czoło,
Gdy noc tak jasna, cicha, nieskończona
Tę krew osrebrzy, co płynie mi z łona—
Wtedy ja silniej od was wszystkich czuję!
Wtedym prawdziwie syn nieskończoności—
I wdzięczniej Bogu za chwilę dziękuję
Niż wy gwiazd pany—za szczęście wieczności!