A teraz, pewnego słonecznego dnia, Doktor i Dab-Dab przechadzali się właśnie po pokładzie, żeby rozprostować nogi. Wiał miły, ożywczy wiatr i wszyscy byli zadowoleni. Niepodziewanie Dab-Dab zobaczyła daleko za ich statkiem inny żagiel. Czerwony.
— Mam złe przeczucia — powiedziała Dab-Dab. — To chyba nie jest przyjazny statek. Będą z tego nowe kłopoty.
Dżip, który drzemał na słońcu, nagle zaczął warczeć przez sen.
— Czuję pieczeń wołową — wymruczał. — Niedopieczone mięso... zalane brązowym sosem.
— Wielkie nieba! — zakrzyknął Doktor. — Co ten pies wyrabia? Nie dość, że gada, to jeszcze węszy przez sen?
— Na to wychodzi — powiedziała Dab-Dab. — Wszystkie psy to potrafią.
— Ale co on właściwie czuje? — spytał Doktor. — Przecież nie pieczemy wołowiny.
— Nie — przyznała Dab-Dab. — Zapach musi dochodzić ze statku z czerwonym żaglem.
— Jest piętnaście kilometrów za nami — zauważył Doktor. — Pies nie wywąchałby nic z takiej odległości.
— Wywąchałby — powiedziała Dab-Dab. — Sam go o to zapytaj.