— Wy durnie! — wrzasnął do nich Dżip z pokładu drugiego statku. — Nie było ich już na pokładzie! Zawinęły się dwie godziny temu! Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni, drodzy przyjaciele!
Ale oni go, rzecz jasna, nie zrozumieli.
Dziób zanurzał się coraz szybciej, aż wreszcie wydawało się, że cały statek stoi na głowie. Piraci chwytali się relingu, masztów i lin, żeby nie spaść do morza, ale chwilę później woda wtargnęła z rykiem do środka przez okna i drzwi. Statek poszedł na dno jak kamień, wydając przy tym złowrogi bulgot. Sześciu złoczyńców dryfowało teraz na falach w zatoce.
Niektórzy ruszyli wpław w kierunku wyspy, ale inni próbowali dostać się na łódź, którą zajął Doktor. Tyle, że Dżip kłapał groźnie zębami, więc bali się wspiąć na pokład.
Nagle wszyscy wydali zbiorowy jęk strachu.
— Rekiny! Rekiny nadpływają! Dajcie nam wejść, zanim nas zjedzą! Pomocy! Rekiny! Rekiny!
Doktor też widział, jak wodę zatoki przecinają płetwy wielkich ryb.
Jeden z żarłaczy podpłynął do statku, wystawił nos z wody i spytał go:
— Czy to pan John Dolittle, słynny lekarz zwierząt?
— Tak — odparł Doktor. — To ja.