Dżip odkrzyknął:

— Tak. Właśnie stamtąd. Tam jest mężczyzna, którego szukamy. Nareszcie!

Kiedy podpłynęli bliżej, zorientowali się, jak duża jest skała — była wielka jak rozległe pole. Nie rosły na niej drzewa, nie było trawy. Nic tylko kamień, gładki jak skorupa żółwia.

Doktor opłynął skałę, ale nigdzie nie było widać mężczyzny. W końcu przyniósł spod pokładu lunetę, a zwierzęta wytężyły wzrok.

Ale na skale nie było żywej duszy. Ani ludzi, ani mew, ani rozgwiazd czy choćby skrawka wodorostów.

Cała załoga nadstawiła uszu, licząc, że rozlegnie się w końcu jakiś dźwięk. Słychać było jednak tylko łagodny chlupot fal, które biły o burty statku.

Wtedy zwierzęta zaczęły wołać:

— Hej tam! Ahoooj! — krzyczały, aż pozdzierały sobie gardła. Ale odpowiedziało im tylko echo.

Chłopiec wybuchnął płaczem.

— Boję się, że już nigdy nie zobaczę wujka! — zachlipał. — Co ja powiem krewnym w domu?