— Głupiś — powiada. — To przecież ptaki. Zwyczajne, proste ptaki.
II
W czternastym roku życia uczyłem się już Gemary3 i Tosefty4, i to właśnie u mełameda5 Zurecha Knejpa. Do dziś nie wiem, czy w rzeczywistości tak się nazywał, czy uczniowie obdarzyli go tym przezwiskiem za to, że zwykł był ich szczypać bez litości. Nie czekał jednak wcale na czyjeś przewinienie. On „płacił” na wyrost i z góry.
— Przypomnij mi tylko — powiadał do kolejnej ofiary — a zbiję cię.
Poza funkcją mełameda spełniał też obowiązki mohela6. Wyhodował sobie ostry paznokieć niczym zwierzęcy pazur. Toteż każde jego uszczypnięcie wywoływało większy ból. Stale przy tym powtarzał:
— Nie becz! Na próżno ryczysz! Szczypię przecież tylko twoje ciało. Żałujesz go? Czego? Tego, że robaki będą miały mniej mięsa do żarcia? Ciało to jedynie proch i pył. Chcesz się przekonać? Potrzyj ręką o rękę, a zobaczysz...
I potarliśmy. I co się okazało? Faktycznie, ciało to proch i pył.
— A co to jest dusza? — zapytałem go.
— Sama duchowość!