I wydaje mu się, że czwórka jego dzieci otoczyła go kołem i gorąco go ściskają i obcałowują.
— Tylko pomału, dziecięta moje! Nie ściskajcie mnie tak mocno. Nie jestem już młodziakiem. Mam tę swoją osiemdziesiątkę. Wolniej! Połamiecie mi jeszcze kości. Pomału. Mam w kieszeni pieniądze. Mają do mnie zaufanie. Powierzają mi pieniądze. Wystarczy, dzieci, wystarczy.
I wystarczyło. Szmaria zamarzł na kość z ręką w kieszeni za pazuchą.
U wezgłowia konającego
Szames167 raju — świetlisty anioł — odblask promiennej łaski Miłościwego Pana — raz do roku wychodzi z raju i ogarnięty niepokojem i troską otwiera okienko w niebie. Wystawia promieniejącą głowę i zwracając się do zachodzącego słońca, drżącym głosem zadaje pytanie:
— Słońce, nie wiesz czasem, co się dzieje z Lejblem Końskowolskim?
Słońce nie odpowiada. Nie wie.
Ogarnięty jeszcze większym niepokojem cofa anioł swoją promieniejącą głowę.
I nie na próżno niepokoi się anioł.
Oto już od kilku dni szumi w niebiosach od przedśmiertnego modlitewnego wołania Lejbla Szma Israel168 — Słuchaj Izraelu.