Ona również pogrążona jest w czytaniu. Jak zwykle czyta powieść. Na uczniu moje przyjście wywiera nieprzyjemne wrażenie. Zrywa się od stołu, potrząsa zaczepnie czarną kędzierzawą główką i podniesionym głosem mówi:
— Co? Dziś też będziemy się uczyli?
A tato uśmiecha się i powiada: — A dlaczego nie?
— Przecież jest Chanuka233! — Mały tupie nogą i pokazuje pierwszą świeczkę z Szamesem234 na świeczniku chanukowym stojącym na parapecie za firanką.
— Zupełnie słusznie — burczy stary.
— No, no podarujmy sobie — odzywa się młody gospodarz. Wydaje mi się, że Ona jakby zbladła, że jakby niżej pochyliła głowę nad książką.
Mówię „dobranoc”, ale młody gospodarz nie pozwala mi odejść.
— Musi pan zostać u nas na herbatce.
— I na ciasta z makiem! — odzywa się radosnym krzykiem mój uczeń. Ten byłby ze mną w najlepszej komitywie, gdyby nie ta nieszczęsna gramatyka.
Chętnie bym odmówił, ale łobuziak chwyta mnie za rękę i z szelmowskim uśmiechem na ruchliwej twarzy podsuwa mi krzesło tuż obok siostry.